Babia Góra zdobyta!

Kilka tygodni temu na dziedzińcu Dyrekcji Roztoczańskiego Parku Narodowego w Zwierzyńcu oglądaliśmy zdjęcia – wizytówki Parków Narodowych w Polsce. Zawstydziliśmy się.
Aż w tylu miejscach nie byliśmy! Dlatego gdy tylko pojawiła się okazja – wyjazd służbowy na targi energetyczne w Bielsku Białej, skorzystaliśmy skwapliwie. Targi odbywały się we wtorek i środę, wystarczyło dołożyć jeden dzień urlopu w poniedziałek i łącznie z weekendem wyszła nam piękna wycieczka. Celem części turystycznej był Babiogórski Park Narodowy z bardzo kapryśną pogodowo Babią Górą na czele. Czy środek września to dobry termin na jej zdobywanie?

Piątek, 13 września 2019 roku.

Wyjechaliśmy tuż po piętnastej i już około dziewiętnastej zatrzymaliśmy się na naszym ulubionym parkingu na krakowskim Podgórzu.

Spacerowaliśmy potem do późnej nocy po gwarnych jak zwykle w piątkowy wieczór ulicach.

Sobota, 14 września 2019 roku.

W kierunku gór wyruszyliśmy wcześnie rano. I dobrze, bo na Przełęcz Krowiarki ledwo zdążyliśmy dojechać przed dziewiątą. Znaleźliśmy jeszcze miejsce na parkingu (16 PLN/dzień), ale zapełniał się on w błyskawicznym tempie.

Widocznie pół Polski wpadło na pomysł zdobycia Babiej Góry w ten sam co my piękny, wrześniowy weekend.  Pomaszerowaliśmy więc dzielnie na szczyt główną granią w tłumie turystów. Tego dnia widzieliśmy ich na szlaku więcej niż w czasie całego naszego trzytygodniowego wyjazdu we włoskie Alpy. Cóż, widocznie taka tutaj specyfika. Najdziwniejsze było to, że pomimo tłoku szło się bardzo przyjemnie. Miejsca jakoś starczyło dla wszystkich i żadnych kolejek czy zatorów nie było. Najbardziej cieszy duża ilość młodzieży i dzieci w wieku wczesnoszkolnym maszerujących z plecakami w towarzystwie rodziców.

Trasa nie przedstawiała żadnych trudności, wymagała jednak kilku godzin marszu. Na szczycie było gwarno i wesoło, pogoda piękna tylko nieźle wiało. Widoczność doskonała, Tatry jak na dłoni.

Zeszliśmy później do schroniska Markowe Szczawiny. Atmosfera raczej podrzędnego baru mlecznego za komuny niż schroniska górskiego. Cóż to z resztą za schronisko górskie z którego nie widać żadnej góry? Tłok i gwar był straszny, przez niego i tak przebijał się głos pani donośnie wywołującej przez głośniki numery wydawanych potraw. Nie zamawialiśmy tu jedzenia, zresztą zapach dochodzący z szamba skutecznie odbierał apetyt.

Żwawo ruszyliśmy w kierunku przełęczy Krowiarki. Był to długi, ale nadzwyczaj wygodny fragment naszej wycieczki. Szeroka szutrowa, leśna droga prowadziła prawie po płaskim terenie.  O dziwo szlakiem tym schodziło niewielu turystów, widocznie tłumy ze szczytu i ze schroniska wybierały inne trasy.

Na opustoszały już parking dotarliśmy mniej więcej o godzinie siedemnastej. Piękna była ta wycieczka, Babia Góra nas nie zawiodła. Nie zawiodła też pogoda. Tylko jedna uwaga: o dziewiątej to trzeba być już na szczycie, a nie wyruszać z parkingu!

Rozważaliśmy możliwość noclegu na Przełączy Krowiarki, jednak okazało się, że miejsce nie jest na tyle atrakcyjne, by pozostać dłużej. Zjechaliśmy  w kierunku Zawoi. Obiad zjedliśmy w jakiejś karczmie po drodze, a na noc zatrzymaliśmy się na parkingu przy poczcie. Wieczór spędziliśmy w pobliskiej kawiarni przy pierwszym tego lata grzanym winie. Przemarzliśmy jednak trochę na szlaku.

Niedziela, 15 września 2019 roku.

Kampera zostawiliśmy na parkingu przy siedzibie Dyrekcji Parku Narodowego w Markowej (10 PLN/doba). Wyruszyliśmy niebieskim szlakiem skrajem lasu. Przy Trzech Piwniczkach skierowaliśmy się żółtym szlakiem lekko pod górę.

Gdy dotarliśmy do czarnego szlaku  skręciliśmy nim w lewo. Wkrótce zaczęło się dość strome podejście na Przełęcz Jałowiecką. Ładne miejsce, tym bardziej że i tak nie oczekiwaliśmy oszałamiających widoków z przełęczy w lesie na wysokości 1000 m. n.p.m. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego była tu cisza i spokój.

Dotychczas przez półtorej godziny marszu spotkaliśmy może 5 osób. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy na Małą Babią Górę. Od tego momentu szlak na całej długości przebiegał granicą polsko-słowacką. Początkowo łagodnie wznosił się zalesioną granią. Potem było już trochę bardziej stromo. Szliśmy przez ogromne paprocie i jagodziska. Urzekające to było! A tuż przed szczytem Małej Babiej Góry zaczęła się kosodrzewina.

Ze szczytu widoki były nie gorsze niż wczoraj, pogoda doskonała, nawet wiatr już tak nie dokuczał. Widać też było wyraźnie jaki tłok panuje na Babiej Górze!

Na szczęście tylko nieliczni turyści docierali na nasza górkę. Co ciekawe zupełnie nikt nie podchodził z tej strony co my, wszyscy inni od strony Przełęczy Brona, z tym że wcześniej musieli tłoczyć się na głównym szlaku prowadzącym na najwyższą górę. Dlaczego tak? Może ludzie lubią tłok?

Musieliśmy i my w końcu zanurzyć się w potok turystów. Przeszliśmy obok schroniska  Markowe Szczawiny  i zielonym szlakiem wiodącym stromo w dół doszliśmy do parkingu.  Wycieczka trwała około 8 godzin, była dość męcząca ale i zachwycająca!

Na nocleg zjechaliśmy do Zawoi i stanęliśmy na noc tym razem na parkingu przy policji, naprzeciwko kawiarni, która wczoraj nam się tak spodobała. Zjedliśmy pyszne pierogi i gofry. A przed snem podziwialiśmy jeszcze niezwykłe zjawisko na bezchmurnym niebie: pełnię księżyca, ale taką najpełniejszą pełnię jaką zdarzyło nam się widzieć. Księżyc otoczony był  świetlistą aureolą, piękne to było!

Poniedziałek, 16 września 2019 roku.

Jak zwykle rankiem wyruszyliśmy w drogę, ale coś nasz kamperek zaczął utykać na jedno koło i musieliśmy podjechać do Suchej Beskidzkiej poszukać warsztatu. Trzeba było wymienić koło z zapasu, nawet nie trwało to długo, ale na wycieczkę wyruszyliśmy dopiero o dziesiątej. Prognozy tego dnia nie były najlepsze, po południu miał padać deszcz. Zdecydowaliśmy się na żółty szlak z przełęczy Przysłop w kierunku Jałowca. Na przełęczy parkingu nie było, zostawiliśmy więc kampera w niewielkiej zatoczce przy drodze, nieco powyżej wejścia na szlak. Z początku było stromo, ale od Kolędówki szlak złagodniał i bardzo przyjemnie szło się przez las lub jego skrajem z pięknymi widokami na masyw Babiej Góry. Turystów nie spotkaliśmy żadnych, widzieliśmy tylko mieszkańców pobliskich domków.

Gdy dotarliśmy do schroniska W Murowanej Piwnicy po ocenie sytuacji pogodowej zrezygnowaliśmy z dalszego marszu na Jałowiec. Zawróciliśmy, chmurzyło się bowiem coraz bardziej. Ale i tak miła wycieczka zajęła nam około 5 godzin.

Na nocleg pojechaliśmy do Żywca. Niestety, niewiele tego miasta zdążyliśmy zobaczyć. Zwiedziliśmy piękny rozległy park ale już rynek, fontannę i ratusz podziwialiśmy tylko przez okna kawiarni. Deszcz rozpadał się na dobre.

Wtorek, 17 września 2019 roku.

Na kempingu w Bielsku Białej nie udało nam się wcześniej zarezerwować miejsca. Nie pozostało nic innego jak wstać wcześnie rano, by jeszcze spokojnie znaleźć miejsce parkingowe dla kampera jak najbliżej targów. I rzeczywiście, gdy dojechaliśmy przed siódmą bez problemu zaparkowaliśmy w pobliżu Szyndzielni. Już koło ósmej nie było żadnego wolnego miejsca. Korek po horyzont, policjanci kierowali ruchem. Targi to jednak wielkie przedsięwzięcie logistyczne.

Plany na te dwa dni były proste. Jurek idzie na targi, ja zwiedzam miasto. Jednak nie mogłam się oprzeć i też obejrzałam kilka ekspozycji, zaciekawiły mnie wielkie agregaty, stacje transformatorowe, nowoczesne urządzenia i odzież ochronna. Wolałam jednak zwiedzać miasto, więc pojechałam do centrum. Z Szyndzielni kursuje autobus nr 8, bilety można kupić u kierowcy. Przeczytałam przed wyjazdem kilka relacji na blogach więc przez cały dzień spacerowałam po mieście podziwiając na żywo miejsca, o których czytałam. Uwielbiam takie szwendanie się po mieście kiedy jest ciepło, a nie upalnie, posiedzieć na ławce, pogapić się, zjeść ciastko, wypić kawę. W Bielsku-Białej jest bardzo dużo ładnych kamienic, jest dużo placów i skwerków.

Szkoda, nie zdążyłam pójść do parku. Gdy Jurek dojechał do mnie  wieczorem pewnie już oprowadziłam go po rynku i deptaku. Wiadomo, wieczorem miasto ma jeszcze więcej uroku.

Czwartek, 18 września 2019 roku.

O dziewiątej Jurek poszedł na swoje targi, a ja znów pojechałam do miasta. Pogoda niestety nie zachęcała do dalszych wycieczek, więc pospacerowałam tylko po centrum. Na odkrywanie nowych miejsc nie było też już zbyt wiele czasu. Wyjechaliśmy do domu około godziny 15. Po drodze zatrzymaliśmy się na krótko w Wadowicach, skusiły nas słynne kremówki.

⇐poprzednia strona                                     kolejna⇒

⇐strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *