Beskid Niski kamperem. Rymanów i Iwonicz Zdrój.

Strasznie dawno byliśmy w górach. Niby do najbliższych nam Bieszczad czy Beskidu Niskiego nie jest aż tak daleko, jednak wyjazd tam w zwykły, krótki weekend to istne szaleństwo. Więcej czasu spędzilibyśmy na dojeździe w kamperze niż na górskich szlakach. Długi weekend to już zupełnie co innego. Wybraliśmy Beskid Niski.

Piątek, 5 czerwca 2020 roku.

Wyruszyliśmy po piętnastej, kierunek Rymanów-Zdrój. Dzień teraz długi, czasu do wieczora sporo, można było zjechać z utartego szlaku. Drogę przez Sieniawę, Przeworsk, Dynów, Brzozów pokonywaliśmy wolno. Była kręta, często wyboista i, niestety, widokowo poniżej oczekiwań.

Dopiero po godzinie dziewiętnastej zaparkowaliśmy w bardzo ładnym miejscu przy rymanowskim parku zdrojowym. Obok zatrzymał się jeszcze jeden kamper z Krakowa.

Wieczorny spacer potwierdził, że  przyjazd tutaj to była dobra decyzja. Dbałość gospodarzy o kuracjuszy i turystów widać na każdym kroku. Dużo jest ścieżek spacerowych wzdłuż rzeki, liczne mostki, schodki, ładne krzewy. Są tablice informacyjne z opisem okolicznych szlaków i innych atrakcji turystycznych.

Na turystów czekają dwa obszerne bezpłatne parkingi w samym centrum, jest jeszcze ten niewielki, na którym się zatrzymaliśmy i jeszcze jeden w okolicy nieczynnych basenów. Planowaliśmy pozostać na noc na nieutwardzonym leśnym parkingu przy wejściu na czerwony szlak w kierunku do Wołtuszowej, ale po ostatnich ulewach nie wyglądał on zachęcająco. Pozostaliśmy bliżej cywilizacji.

Czwartek, 11 czerwca 2020 roku.

Dobrze nam się spało, tak dobrze, że z kampera wyszliśmy już grubo po dziewiątej. Wybraliśmy zielony szlak “Czy zobaczymy Tatry” w kierunku Iwonicza-Zdroju. Celem była przełęcz Przymiarki. Ścieżka w lesie bardzo była  błotnista, wyżej na „połoninach” osuszyła się troszeczkę. Trasa na górze była bardzo piękna i widokowa. Na Przymiarkach zamarudziliśmy trochę, po prostu żal było schodzić. Tatr nie było widać, ale i tak widoki były bardzo rozległe. Turystów było niemało, podchodzili i od strony Rymanowa i od strony Iwonicza Zdroju a część po prostu podjechała na przełęcz samochodem. 

Na drugie śniadanie przeszliśmy więc na nieodległą Kopę, tam było dużo spokojniej.

W drodze powrotnej postanowiliśmy zmienić szlak z zielonego na biegnący równolegle szlak czerwony. Nie uśmiechało nam się ślizganie w błocie tak jak na podejściu. Przeszliśmy łącznikiem między szlakami i już za moment okazało się, że może być jeszcze gorzej. Gdy w końcu pojawiliśmy się na deptaku utytłani w błocie po same uszy wzbudziliśmy niemałe zdziwienie wśród spacerujących tutaj, ubranych w odświętne stroje kuracjuszy. Nie było wyjścia, w mokrych butach weszliśmy po prostu do rzeki. Inaczej tego błocka usunąć by się nie dało.

Po południu to już tylko odkrywaliśmy kolejne ścieżki spacerowe Rymanowa – Zdroju, powoli, niespiesznie, tak jak to czynią rasowi kuracjusze.

Piątek, 12 czerwca 2020 roku.

Przed ósmą wyruszyliśmy czerwonym szlakiem do Wołtuszowej. Mokro, ale droga szeroka, więc nieźle się szło. Ale do czasu! Kiedy szlak skręcił pod górę koło „zbójców” błoto zaczęło robić się coraz większe. Jakoś doczłapaliśmy do Wołtuszowej, potem jeszcze trochę powyżej niej na połoninę, aż do kapliczki. I tyle.

Z racji narastającego upału zarządziliśmy odwrót. Najkrótszą drogą.  Oczywiście najkrótsza droga rzadko bywa tą najprostszą. Było bardzo stromo i błotniście, na szczęście gdy dotarliśmy w końcu do niebieskiego szlaku było już zupełnie nieźle. Ubłociliśmy się chyba mniej niż dnia poprzedniego, ale kąpiel w rzece i tak była nieodzowna.

Po południu wyruszyliśmy kamperem nad Jezioro Sieniawskie i dalej w górę Doliną Wisłoka. Rzeka „ukrywa się” przed nami, niełatwo ją zobaczyć. Jednym z ciekawszych punktów widokowych jest ten w Rudawce Rymanowskiej. Nie za bardzo oznakowany, jest tylko niewielka tablica. Brak parkingu, auta stoją przy drodze, łatwo więc odnaleźć to miejsce. Od szosy przez łąkę około kilometra. Znajdziemy tam wysoką ścianę pofałdowanych skał, rzeka pokonuje liczne progi. Warto tu wstąpić.

W Puławach Górnych zatrzymaliśmy się na parkingu przy stoku narciarskim. Wiele lat temu bywaliśmy tutaj na nartach. Nic się nie zmieniło. Spodziewaliśmy się, że kolej krzesełkowa może być czynna choćby na potrzeby turystów czy rowerzystów zjeżdżających z góry, co jest bardzo modne na zachodzie. Nic z tego.  Znaleźliśmy za to błogi spokój i nieco ochłody. Idealne warunki na małego grilla i porządki w kamperze.

W góry można było wyjść dopiero po osiemnastej, jak słońce przestało prażyć tak mocno. Droga z czerwonym szlakiem na Kiczerę była sucha i wygodna (nareszcie), ale niestety nie zaprowadziła nas na sam szczyt. Ominęła go łagodnym łukiem wijąc się dalej wśród pól i łąk. Do szczytu dostęp mają tylko krówki, teren podzielony jest elektrycznymi ogrodzeniami na pastwiska. Doszło do tego, że zazdrościliśmy krowom, mają takie fajne widoki. Droga powrotna tą samą trasą, bez żadnych skrótów, dużo tam drutu kolczastego i tabliczek z zakazem wstępu.

Sobota, 13 czerwca 2020 roku.

Poranek bardzo był piękny i leniwy, ptasie radio, rosa na trawie i przyjemny chłodek. Po śniadaniu przejechaliśmy do Puław Dolnych starając się dotrzeć jak najdalej w górę Wisłoka. Niestety nie udało się dojechać do oznaczonego na mapie parkingu, kałuże i doły były zbyt duże jak dla naszego kampera. Auto zostało w szerszym miejscu drogi, jakieś 100 metrów przed parkingiem. Parking okazał się bardzo ładny i czysty.

Poszliśmy wzdłuż rzeki jeszcze jakieś trzy kilometry, do rozdroża rowerowych szlaków. Bardzo nam podobała się ta wycieczka, przyjemnie się szło, obok szumiący Wisłok. W miejscu, gdzie zdecydowaliśmy się zawrócić płynął w naprawdę głębokim kanionie.

Zjeżdżając potem w dół Wisłoka postanowiliśmy skręcić jeszcze w boczną dolinę i odwiedzić  Wisłoczek. Nazwa ładna, ale miejscowość nie zachwyca, przejechaliśmy tylko do końca utwardzonej drogi i zawróciliśmy. Nic nie zachęciło nas do zatrzymania się tutaj chociaż na chwilę.

W Besku kampera zostawiliśmy koło altanki turystycznej przy wjeździe od strony Mymonia. Zielonym szlakiem poprowadzonym wzdłuż Wisłoka można stąd dojść do zaznaczonego na mapie punktu widokowego, kolejnego przełomu rzeki.

I tutaj rzeka ładnie się prezentuje, progi szumią,  ścieżka wygodna, ale po pewnym czasie zatrzymał nas dopływający do rzeki strumień z dość rwącą wodą. Pewnie jest tam niedaleko mostek, ale broni go często spotykana tu tabliczka „Zakaz wstępu, teren prywatny”. Widzieliśmy turystów desperatów pokonujących strumień boso, my jednak zawróciliśmy.

Do punktu widokowego spróbujemy się w takim razie dostać się z drugiej strony, z pobliskiego Mymonia. Kamper został na parkingu za sklepem, my śmiało ruszyliśmy zielonym szlakiem. Okazało się za moment, że schodzi on tam tak stromo w dół głębokiego kanionu rzeki, że zejście ubłoconą po ostatnich deszczach ścieżką było wręcz niemożliwe. Pokonani poszliśmy sobie po prostu dalej polną drogą i tylko popatrzyliśmy na Wisłok z góry.

Temperatura rosła, musieliśmy poszukać jakiegoś cienia i obiadu. Przejechaliśmy z powrotem do Rymanowa Zdroju, po obiedzie odpoczęliśmy nieco pod dużym drzewem nad rzeką.

Mieliśmy już dość dość, nie tyle gór co wszechobecnego błota. Wszystko tak nasączone wodą, że na zwykłym trawniku chlupie pod nogami a zjazd kamperem z utwardzonej drogi na pobocze wiąże się z wielkim ryzykiem. Poszukamy twardego gruntu. Niedaleko są Jaśliska, miejsce gdzie kręcono znany film. Można tam dojechać przez Przełęcz Szklarską.

I nie zawiedliśmy się! Jaśliska to bardzo klimatyczne miejsce, jest znany z filmu kościół, zachowało się sporo uroczych, starych drewnianych domków. I te przepiękne widoki na okoliczne połoniny! Widać starania, by połączyć przeszłość z nowoczesnością, buduje się brukowany parking, są drewniane altany. Zdecydowanie polecamy przejażdżkę i spacer w okolicy Jaślisk.

My niestety zabawiliśmy tam niedługo, było bardzo gorąco. Dopiero wracając, gdy troszkę się zachmurzyło zatrzymaliśmy się dłużej na Przełęczy Szklarskiej. Droga polna doprowadziła w okolice masztu telekomunikacyjnego. Rozciągały się stąd piękne widoki.

Jak na dłoni widać było przełęcz Przymiarki z przylegającymi do niej połoninami. Za chwilę tam będziemy. Postanowiliśmy właśnie tędy przejechać do Iwonicza Zdroju.

Przeprawa przez góry zaczyna się w Bałuciance. Oczekiwaliśmy szutrowej drogi a tu proszę bardzo – asfalt. Największą przeszkodą były nie stromizny, jak się można było spodziewać, a inne auta, zwłaszcza te jadące naprzeciw. Droga jest tak wąska, że nie ma szans się minąć. Dobrze, że kamper – chociaż to tylko bus – swoją wielkością budzi respekt i  to osobówki zmuszone były cofać się, by znaleźć odpowiednie miejsce. Mijanie odbywało się o włos, dużo nerwów nas to kosztowało. Nie polecamy tej drogi, zwłaszcza większym niż nasz kamperom, chociaż faktycznie można zaoszczędzić wiele, wiele kilometrów.

W Iwoniczu-Zdroju wybraliśmy parking praktycznie w samym centrum miejscowości, tuż obok Caffe Aleksandra. Pospacerowaliśmy sobie potem trochę po deptaku i parku zdrojowym, odpoczęliśmy przy tężniach. W Iwoniczu byliśmy dawno, dawno temu, nie zaszły tu wielkie zmiany. Widać wyraźnie, że o wiele dynamiczniej rozwija się nieodległy Rymanów Zdrój, ale z pewnością i nobliwy Iwonicz Zdrój znajdzie swoich zwolenników.

Niedziela, 14 czerwca 2020 roku.

Poranek był pochmurny, przyjemny, chłodny. Najpierw wybraliśmy się eleganckim chodnikiem do źródła Bełkotka, przereklamowanego zresztą, a stamtąd czerwonym szlakiem w kierunku Lasu Grabińskiego. Początkowo ścieżka była wygodna, ale za stokiem narciarskim droga zrobiła się bardzo błotnista, zawróciliśmy więc. Zgroza, co quady zrobiły z takiego pięknego szlaku. Kto je tam wpuszcza!

Zmiana planów, idziemy w kierunku na Żabią Górę. Zielony szlak okazał się zdecydowanie mniej błotnisty. Dłuższy odpoczynek zafundowaliśmy sobie dopiero na Górze Przedziwnej. Skąd ta nazwa nie wiemy, może dlatego, że jest porośnięta lasem i każdy się dziwi, gdzie te oszałamiające widoki ze szczytu. Miejsce wyjątkowo urokliwe, a i dalsza część szlaku też przesympatyczna. Trochę w dół, potem znów w górę, lasem, łąką. Żabia Góra w przeciwieństwie do Przedziwnej oferuje rozległe widoki. Jest nawet plansza pokazująca jakie szczyty moglibyśmy zobaczyć, gdyby chmury nie wisiały tak nisko.

To była ostatnia wycieczka. Tego dnia pozostała nam już tylko żmudna droga do domu.

W taki sposób rozpoczęliśmy „eksplorację” Beskidu Niskiego. Znaleźliśmy tu to czego oczekiwaliśmy. Fajne góry, fajne szlaki. I co ważne pomimo długiego weekendu nigdzie, nawet w znanych uzdrowiskach nie było przesadnego tłoku. Dobrze to rokuje na przyszłość. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *