Gdzie Wisła wpada do morza.

Wiosną  na forum Camperteam pojawiło się zaproszenie dla kamperowców do udziału w imprezie organizowanej przez żeglarzy i dla żeglarzy w Twierdzy Wisłoujście – zlot „Kurs na Twierdzę”. A że są to także nasze klimaty, program wyglądał zachęcająco, wysłaliśmy więc zgłoszenie.  Tak więc na początku sierpnia wyruszyliśmy do Gdańska. Wyjechaliśmy w czwartek tuż  po godzinie piętnastej a  do Twierdzy Wisłoujście dotarliśmy w piątek rano pokonując około 700 km.

Piątek, 3 sierpnia,

Nie byliśmy pierwsi. Na utwardzonym i zacienionym placu (54.393211, 18.677274) przed mostem prowadzącym do Twierdzy stał już jeden kamperek, właścicieli nigdzie nie było widać. Ustawiliśmy więc nasz samochód tak aby nie trzeba było już przestawiać i pojechaliśmy autobusem do centrum Gdańska. Mieliśmy tam umówione spotkanie z córką. Ela przebywała w tym samym czasie z grupą przyjaciół w Gdyni i miło było się zobaczyć, tym bardziej, że od naszego ostatniego spotkania w Berlinie minęły już przecież całe dwa tygodnie! Razem wyruszyliśmy na spacer po Długim Targu i Długim Pobrzeżu. Miejsca ładne, ale na nasze nieszczęście trwał Jarmark Dominikański.

Wszystkie uliczki załadowane były straganami z wszelkim możliwym badziewiem, do tego oczywiście tłumy ludzi a temperaturza powyżej 30 stopni. To nie dla nas. Konieczna była zmiana planów. Ela zaprowadziła nas do uroczej knajpki, gdzie w zacienionym ogródku przy zimnym piwku mogliśmy te plany spokojnie zweryfikować. Zdecydowaliśmy się na Muzeum II Wojny Światowej. Rewelacja!!! Najwyższa ocena i za treść i za formę.

Największe uznanie dla twórców za umiejętność ukazania tragizmu wojny dla zwykłego człowieka niezależnie od narodowości. Zobaczymy  tu historię tragedii wielu, a nie tylko jednego narodu. Muzeum odwiedza wielu turystów z innych krajów i każdy z nich znajdzie tu miejsce poświęcone jego ojczyźnie. Muszę przyznać, że wchodziłam do tego muzeum bez entuzjazmu. Czasami po prostu zapominam, że są muzea bez kapci, szklanych witryn, eksponatów za sznurową barierką. Nowoczesne muzeum dostarcza wiedzy, pokazuje fakty, ale przede wszystkim budzi emocje. Było tu kilka miejsc, w których ukradkiem ocierałam łzy. Najbardziej poruszyła mnie muzyka do filmu o jeńcach radzieckich, ściana wzniesiona z walizek oraz instalacja złożona z wysokich, szklanych ścian, na które nadrukowano zdjęcia pomordowanych przez Niemców Żydów. Wielkie wrażenie zrobiły też repliki warszawskiej ulicy przed i po wojnie. W pobliżu muzeum znajduje się budynek Poczty Gdańskiej.

Wróciliśmy potem do kampera, tego dnia czekało nas przecież jeszcze wiele atrakcji. Plac przed mostem do twierdzy całkiem był już zastawiony, przyjechało kilkanaście kamperów. Przy nabrzeżu pojawiło się też kilka jachtów. Miejsce to byłoby doskonałe do kamperowania gdyby nie fatalne skomunikowanie z centrum miasta. W dni weekendowe jest tylko kilka autobusów na dobę a połączenie promowe na drugą stronę rzeki jest nieczynne. Tramwaj wodny to trochę droga i niepewna alternatywa.

Jeszcze troszkę formalności, chwila odpoczynku i już trzeba było iść na teren twierdzy.  To tam za murami odbyła się wieczorem biesiada i koncert muzyki szantowej. Tego dnia zagrały Flash Creep i Mechanicy Shanty. Świetna muzyka, niesamowite miejsce, jednym słowem super impreza. Bardzo kameralna, takiego kontaktu z muzykami nigdy nie będzie na żadnym typowym koncercie. Wielką niespodzianką było też nocne zwiedzanie twierdzy. Oprowadzał nas dyrektor muzeum, z wielką pasją opowiadał o historii, a widok z baszty na rozświetlony Gdańsk był po prostu zachwycający!

Sobota, 4 sierpnia

Spania za dużo nie było, musieliśmy zdążyć na pierwszy tramwaj wodny. Co prawda organizatorzy przewidywali tego dnia dla uczestników spotkania atrakcje na wodzie, my jednak wybraliśmy zwiedzanie. W Gdańsku byliśmy wieki temu, więc trudno się było oprzeć. Popłynęliśmy tramwajem do Brzeźna.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Najpierw długi spacer parkiem wzdłuż plaży, potem promenadą aż do Parku Ronalda Regana. Tam znaleźliśmy ładne, zacienione miejsce by odpocząć i nabrać sił do zwiedzania centrum. Wróciliśmy autobusem na Dworzec Główny, stamtąd poszliśmy na Plac Solidarności pod Pomnik Poległych Stoczniowców 1970. Potem jeszcze trochę poszwendaliśmy się po urokliwych uliczkach starego miasta lawirując pomiędzy tłumami innych turystów i już trzeba było wracać.

Wieczorem znów impreza wewnątrz twierdzy. Tym razem zagrały Formacja i Majtki Bosmana. Tego wieczoru także nie oparłam się urokowi miejsca i ponownie wdrapałam się na basztę, by jeszcze raz podziwiać nocny Gdańsk.

Niedziela, 5 sierpnia

Rano z żalem opuściliśmy miejsce pod twierdzą i  kamperem pojechaliśmy przez most pontonowy na Wyspę Sobieszewską. W planach był dłuższy spacer, może nawet wyprawa do rezerwatu ale pogoda pokrzyżowała nam szyki. Zdążyliśmy tylko wyjść na plażę (taką prawdziwą, z małą ilością ludzi, gdzie spokojnie można było pochodzić brzegiem po mokrym piasku), gdy zerwała się burza i przegonił nas ulewny deszcz.

Pojechaliśmy więc do Fromborka i tu znów czekała na nas Ela. To oczywiście nie był przypadek. Planowaliśmy, że spotkamy się w Gdańsku i Ela wróci z nami do domu kamperem, ale coś tam poszło nie tak i postanowiła wracać z nami nie kamperem a swoim autem.  We Fromborku kampera ustawiliśmy na kempingu (3 osoby +kamper+samochód osobowy=50 PLN/noc), a malutką Hondą pomknęliśmy w kierunku granicy z Rosją. Aplikacja w telefonie podpowiedziała, że jeśli chcemy zjeść dobrą rybkę to lepszej od tej w Smażalni Nad Zalewem w Nowej Pasłęce nie znajdziemy. Rzeczywiście rybka była przepyszna. W Nowej Pasłęce jest port jachtowy, niewielkie molo, cisza, spokój.

Potem pojechaliśmy do Braniewa. I znów niespodzianka, miasteczko małe, ale bardzo ładne i zadbane.

Wieczorem jeszcze raz pospacerowaliśmy po Fromborku.

O kempingu we Fromborku (54°23’35.6″N 18°40’38.2″E) niewiele można dobrego powiedzieć. Zapłaciliśmy 50 zł za noc kamperem w trzy osoby, socjal w ledwie dopuszczalnym stanie, daleko od centrum ale o dziwo sporo namiotów i kamperów, raczej zagranicznych.

Poniedziałek, 5 sierpnia

Z Fromborka pojechaliśmy kawalkadą (Jurek kamperem, a my z Elą Hondą) obejrzeć pochylnię Buczyniec. Bardzo ciekawe to było, trafiliśmy na przeprawę dwóch jachtów, mogliśmy więc przyjrzeć się dokładnie, a przy okazji pospacerować w ładnym miejscu.

A potem już tylko powrót do domu z przerwą na wspólny obiadek.

 

⇐ poprzedni wpis                                                      następny ⇒

⇐ strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *