Królewskie miasto: Sandomierz.

Kolejny raz wycieczka kamperem po Polsce. Tym razem do Sandomierza! Banał straszny… ale fajnie było. Trochę strach oczywiście, tam przecież zbrodnia w każdym odcinku! Zacznijmy jednak po kolei. Pierwszy nocleg  mieliśmy w Tomaszowie Lubelskim na wielkim i spokojnym parkingu, praktycznie w samym centrum, blisko zabytkowego drewnianego kościółka. Największym atutem tego miasta jest jego okolica, to przecież Środkowe Roztocze.

Zdecydowaliśmy się tym razem zrobić wycieczkę  pieszą z Majdanu Sopockiego znad zalewu czarnym a potem zielonym szlakiem przez Nowiny i Szumy na Sopocie do rezerwatu Czartowe Pole. Piękna około czterogodzinna wycieczka. Polecamy szczególnie odcinek wzdłuż Sopotu w Nowinach.

O szumach na Tanwi wszyscy słyszeli natomiast szumy na Sopocie – oceniając po mało używanym szlaku wzdłuż rzeki – widziało niewiele osób. A warto.

Następny nocleg to już Sandomierz. Zatrzymaliśmy się na rozległym, bezpłatnym weekendową porą parkingu. “Przytuliły” się do nas jeszcze dwa kampery,  w tym jeden na austriackich numerach. W planach mieliśmy jeden nocleg w tym miejscu, ale często jak to w życiu bywa plany uległy zmianie i spędziliśmy tam również noc kolejną.

A wszystko to zasługa miasta i jego okolic, które naprawdę mają wiele do zaoferowania. Samego Sandomierza nie będziemy opisywać, informacje znajdziecie wszędzie.  Polecamy za to zdecydowanie wycieczkę w Góry Pieprzowe.

Prawdę mówiąc trochę zlekceważyliśmy te góry. Normalnie każdą naszą wycieczkę przygotowujemy starannie , odpowiedni strój, ciepłe ubranie, peleryny przeciwdeszczowe. Tym razem wyruszyliśmy w te góry w stroju typowym dla turysty miejskiego.

Najpierw idzie się z rynku sandomierskiego  czerwonym szlakiem potem wałem wiślanym do niewielkiego parkingu, do którego można też dojechać kamperem i nawet spokojnie pozostać na noc. Dopiero z tego parkingu rozpoczyna się prawdziwie górska wycieczka. I tu znowu szkoda silić się o opisy. Szlak jest na tyle łatwo dostępny, że koniecznie każdy powinien spróbować przejść go samodzielnie.

Szybko okazało się, że sandały, atrybut turysty miejskiego, to niezbyt praktyczne buty na taką eskapadę. Z początku dawały radę, ale gdy przyszedł ulewny deszcz i zrobiło się ślisko dalszy marsz szlakiem okazał się zbyt ryzykowny. Musieliśmy w deszczu, przemoczeni do suchej nitki, ochlapywani co jakiś czas przez przejeżdżające samochody wracać okrężną asfaltową drogą.

A my byliśmy aż tak nieprzygotowani, że nawet nie mieliśmy bardzo pomocnej w takich okolicznościach piersiówki. Na szczęście było ciepło, deszcz też był cieplutki i skończyło się bez poważnych następstw zdrowotnych.

Przez dwa dni obejrzeliśmy większość polecanych w Sandomierzu miejsc, posiedzieliśmy na ławeczkach na pochyłym rynku, spróbowaliśmy lokalnych specjałów.

Znamy Sandomierz z czasów przedunijnych i przedserialowych, trzeba stwierdzić, że zmienił się zdecydowanie na lepsze i z przyjemnością spędziliśmy tam czas.

W niedzielę skierowaliśmy się w stronę Krakowa, zahaczając niejako po drodze o dwa uzdrowiska: Busko i Solec Zdrój.

O ile Busko Zdrój zrobiło na nas dobre wrażenie ze swoim deptakiem i wielkim parkiem zdrojowym o tyle to, co zobaczyliśmy w Solcu Zdrój nie zachęciło nas do pozostania tam dłużej. Widzieliśmy oczywiście Baseny Mineralne i rozstawione za boiskiem kampery z wysoko powiewającą flaga Camperteamu, ale to nie nasza bajka, nie nasz model wypoczynku.

Do Krakowa dotarliśmy późno, tuż przed zachodem słońca. I dobrze się stało, gdyż wcześniej w miejscu gdzie planowaliśmy zostać na nocleg  i tak nie mielibyśmy szans zaparkować. Stanęliśmy na razie gdzieś z boku. Potem przeparkowaliśmy się  tam, gdzie było nam najwygodniej.

Jest to obszerny parking blisko Klasztoru w Tyńcu nad samą Wisłą, miejsce ładne, godne polecenia.  W pobliżu kilka restauracji, a najbliższy bar, jak usłyszeliśmy od obsługi jest czynny do ostatniego klienta.  Niestety niewiele skorzystaliśmy z uroków tego miejsca i możliwości wycieczek, zwłaszcza zwiedzania klasztoru, gdyż przyjechaliśmy późno a wyjechać musieliśmy wcześnie.

W poniedziałkowy poranek odstawiliśmy kamperka do warsztatu, gdzie wzbogacił się o pneumatyczne wspomaganie tylnego zawieszenia. Cała operacja trwała około 6 godzin.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wykorzystali tego czasu na swój sposób. W pierwszej kolejności poprzez Park Twardowskiego przeszliśmy na Skałki Twardowskiego tuż obok Zalewu Zakrzówek.

Panorama miasta jaka się przed nami roztoczyła długo pozostanie w pamięci. Widać było wszystko: od Kopca Kościuszki po wieże dwóch już Sanktuariów na Łagiewnikach. Oczywiście centralne miejsce panoramy zajmuje Wawel wraz z Bazyliką Mariacką. I tylko jeden zgrzyt w tym obrazie. Zza Wawelu wychyla się górna część Szkieletora, a będzie on przecież jeszcze wyższy.

Szkoda, że na tak znakomity punkt widokowy nie prowadzi żaden oficjalny szlak turystyczny, trzeba się przedzierać dzikimi ścieżkami. Na szczycie też nie jest bezpiecznie, jest to porostu krawędź wyrobiska dawnego kamieniołomu. Mimo to zdecydowanie polecamy to miejsce.

W tym dniu odwiedziliśmy jeszcze Górkę Pychowicką.  Kolejne mało znane i uczęszczane miejsce, które  możemy śmiało polecić. Na szczycie góry znajdują się przepiękne, obszerne polany z rozległymi widokami.

Z jednej polany widać południowa z innej północna część miasta. Musimy potwierdzić: z Krakowa widać góry, oczywiście o ile się wie z jakiego miejsca i w jakim kierunku spoglądać.

I to już koniec naszego wyjazdu. Odebraliśmy kamperka i wesoło kołysząc się na nowych poduszkach pneumatycznych w takt nierówności drogowych raźnie pomknęliśmy do domu.

⇐ poprzedni wpis                                         kolejny ⇒

⇐ strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *