Kamperem nad Wisłą. Nałęczów i Kazimierz Dolny

Pewnie, że kamperem. Inaczej już nie umiemy. Tym razem zobaczyliśmy prawdziwe perełki Lubelszczyzny, któż ich nie zna! Absolutne must see. Chodzi jednak o to, by nie tylko zobaczyć, ale i „pobyć”, poszwendać się po miasteczkach i  po okolicach.

Piątek, 26 czerwca 2020 roku.

Wyruszyliśmy po piętnastej. Najpierw zatrzymaliśmy się w Wojciechowie, ale niestety nie zobaczyliśmy żadnych polecanych atrakcji, gdyż właśnie tam dopadła nas burza. Zdążyliśmy tylko obejrzeć z zewnątrz zamkniętą kuźnię. Szkoda. Do powtórzenia.

Gdy dojechaliśmy do Nałęczowa jeszcze popadało, ale już krótko. Cały wieczór spacerowaliśmy po parku zdrojowym. Zgodnie z oczekiwaniami kuracjuszy było jak na lekarstwo.

Sobota, 27 czerwca 2020 roku.

Wstaliśmy wcześnie, szybka kawa, śniadanie i już po paru minutach wyruszyliśmy w drogę. Na początek wąwóz Głowackiego: zielono, cieniście, wilgotno, zupełnie pusto. Sympatyczny spacer, chociaż trafiliśmy na poważne trudności techniczne. Zwalone drzewo zablokowało wąwóz i  trzeba się było troszkę pogimnastykować, by się przez nie przedrzeć. Na górze wąwozu można było odpocząć, wiata i ławeczki zachęcały.

Nie tracąc czasu, pomaszerowaliśmy jednak dalej, schodząc w kierunku centrum. Podziwialiśmy piękne wille utopione w zieleni i wspaniałe, dopieszczone ogrody.

Można powiedzieć, że uczciwie przedreptaliśmy Nałęczów, zaglądając tego dnia niemal we wszystkie jego zakamarki. A im dłużej trwała wycieczka, tym bardziej pozytywne odnosiliśmy wrażenie.

Upał i tłumy kuracjuszy tężały w miarę upływu czasu. Pożegnaliśmy Nałęczów i ruszyliśmy dalej, do  Wąwolnicy. Przed Sanktuarium są eleganckie parkingi i toaleta dla pielgrzymów. My jednak zatrzymaliśmy się troszkę dalej na parkingu przy Placu Różańcowym.

Kościół w remoncie, nie było co zwiedzać, po chwili skierowaliśmy się więc do wąwozu Lipinki, jednego z najbardziej znanych wąwozów lessowych. Wąwozem prowadzi droga brukowana kostką, śmiało można iść w szpilkach, można nawet przejechać kamperem.  Pomimo ingerencji w naturę wąwóz i tak robi wielkie wrażenie. Polecamy każdemu.

Kierując się naszą słabością do sportów zimowych, podjechaliśmy potem zobaczyć stok narciarski w Rąblowie. Było już jednak tak gorąco, że o żadnym podchodzeniu w górę nie było mowy.

Następnym etapem była wycieczka do rezerwatu „Skarpa Dobrska”. Dojechaliśmy do Podgórza, gdzie rozpoczyna się szlak. Odcinek asfaltowej drogi z Dąbrówki do Podgórza – rewelacja. Wysoko płaskowyżem, piękne widoki.

Gdy już zjechaliśmy w Podgórzu do podstawy skarpy, pokazały nam się wielkie rozlewiska rzeczki Chodelki. W miejscu postoju dla turystów ponad wodę wystawało tylko zadaszenie. Kampera zostawiliśmy wysoko na wale.  

Szlak pieszy zaczyna się naprzeciwko przystanku, ścieżka jest bardzo wygodna z pięknymi widokami. Po niedługiej chwili upał i komary odebrały nam jednak całą radość z wędrówki. Odkomarzacz pozostał w kamperze i to właśnie był poważny błąd. Dotarliśmy tylko do pierwszego punktu widokowego i pokonani przez te dwa żywioły zawróciliśmy. Szlak był bezludny, tylko na samym szczycie skarpy spotkaliśmy dwoje młodych ludzi.

Trudno, wrócimy tu gdy będzie chłodniej, najlepiej jesienią.

Około dziewiętnastej dotarliśmy do Kazimierza Dolnego. Ruch, szum, masa ludzi. Pierwszy odruch naturalny dla nas – uciekać. Wyjechaliśmy już nawet z miasta, ale na rondzie w Bochotnicy zawróciliśmy. Nie będziemy rezygnować z planów!

Parking, na którym zostawiliśmy kampera, okazał się w porządku, fajna była bliskość rzeki. Wiele razy byliśmy wcześniej w Kazimierzu, ale takiej wysokiej wody w Wiśle to jeszcze nie było. Szczyt fali na szczęście już przeszedł i woda opadała. W trakcie naszej bytności poziom rzeki opadł pewnie więcej niż o jeden metr.

W mieście były tłumy turystów. Na bulwarze prowadzonym koroną wału też było tłoczno. Na szczęście dróżki i ścieżki biegnące u jego podstawy – nie przypominam ich sobie z wcześniejszych pobytów – były puste. Jakoś tam dotarliśmy do przeprawy promowej do Janowca. Nieczynnej oczywiście. Wszystko zalane.  

Wracając, po zmroku już wstąpiliśmy na rynek. Ależ tu ludzi! Ciasno, tym bardziej, że znaczną część powierzchni rynku zajmują podesty i parasole tutejszych knajp.

Wirus hula, zmykamy szybciutko! Mamy chytry plan na dzień jutrzejszy. Niestraszny nam będzie ani upał, ani tłok na szlakach.

Niedziela, 28 czerwca 2020 roku.

O 3.30 było już widno. Kubek kawy w garść i imponujący widok ze szczytu wału na rzekę. Woda opada, ale cały czas czuć potęgę żywiołu.

Ciąg dalszy tego dnia jest łatwy do przewidzenia. Najpierw maszerujemy na Górę Trzech Krzyży. Żywego ducha, ani na górze, ani potem przy baszcie, czy zamku. Pierwszych ludzi spotkaliśmy dopiero na rynku, około siódmej rano. Była to ekipa filmowa TVP3 dokumentująca zalety Kazimierza. Oni też chcieli zdążyć przed tłumami.

Piękny jest Kazimierz Dolny, gwar i szum na rynku pewnie ma wiele uroku. Sympatyczne są knajpki, kawiarenki, ogródki. Jednak to nie dla nas. Tłumy jeszcze możemy przetrzymać, ale z wirusem walczyć nie będziemy. Poczekamy na lepsze czasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *