Kamperem nad Wisłą. Od Józefowa do Janowca.

Postanowiliśmy zacząć zwiedzanie od okolic Opola Lubelskiego. Dlaczego akurat Opola Lubelskiego? Bo tam jeszcze nie byliśmy. Zresztą nie byliśmy jeszcze w wielu miejscach, ogrom więc pracy przed nami.

Piątek, 14 sierpnia 2020 roku.

Miało być leniwie, bez pośpiechu, bez napiętych planów. Droga wiodła koło domku letniego naszych dawno nie widzianych przyjaciół. Gdy zobaczyliśmy, że są na miejscu, nie mogliśmy się oprzeć pokusie spotkania chociaż na chwilę.

Potem pojechaliśmy dalej zatrzymując się często i raczej na krótko:

Zakrzówek – zalew i kamienny pomnik ryby, karpia konkretnie. Krótki spacer nad wodą był bardzo przyjemny.

Chodel – obejrzeliśmy gotycko-renesansowy kościół XVI w., najstarszy tego typu zabytek na Lubelszczyźnie.

Emilcin – pomnik UFO. Ufundowany na pamiątkę spotkania jednego z mieszkańców  wsi z pozaziemskimi istotami. Według relacji naocznego świadka, 10 maja 1978 roku pojawiły się w Emilcinie dziwne istoty oraz pojazd unoszący się nad leśną polaną. Na miejscu pozostały ślady badane później przez ufologów. Dla nas to nie było jakieś szczególnie ładne miejsce, pomnik, altanka, skromny plac zabaw. Przydała nam się jednak krótka przerwa w podróży, a z głównej trasy zboczyliśmy może kilometr.

Po południu dotarliśmy do Opola Lubelskiego.  Na początek przepiękny, duży park przy Pałacu Lubomirskich w Niezdowie. Pałac nie jest dostępny – w rękach prywatnych – ale park cieszy oczy mieszkańców i nielicznych turystów.

Potem pojechaliśmy nad zalew, ładnie położony tuż za miastem. Jest i kąpielisko, i łowisko, i wypożyczalnia sprzętu, wyglądało to zachęcająco nawet na nocleg. Później znaleźliśmy jednak fajniejsze miejsce.

Gdy wróciliśmy do centrum, jak to w piątkowe popołudnie było spokojnie i dość sennie. Trafiliśmy do restauracji Cukrownia. I tu nam się od razu spodobało. Ładnie zacieniony ogródek, dobre jedzenie, muzyka na żywo. Do tego dostaliśmy zgodę na nocleg na wewnętrznym parkingu. To był piękny wieczór!

Sobota, 15 sierpnia 2020 roku.

Rano odwiedziliśmy najstarszy zabytek gminy opolskiej – Kościół p.w. Wniebowzięcia NMP. Piękne, bogato zdobione wnętrza, cenne obrazy i wyposażenie. Obejrzeliśmy też budynek pałacu Lubomirskich, w którym obecnie mieści się liceum.

Warto zajrzeć do Opola Lubelskiego. W samym mieście nie ma
może zbyt wielu atrakcji, za to wiele ich jest w okolicy.

Wrzelowiecki Park Krajobrazowy. Zatrzymaliśmy się we Wrzelowcu, posiedzieliśmy chwilkę przy ładnym źródełku. Na przystanku koło kościoła są tablice i mapa. W okolicy jest kilka interesujących szlaków, my zdecydowaliśmy się tylko na spacer do źródełka. Sympatyczne miejsce w centrum wsi.

Potem podjechaliśmy do pałacu w Kluczkowicach. Piękna budowla, w której obecnie mieści się muzeum oraz szkoła. Teraz wszystko zamknięte, zupełnie pusto. Pałac jest przepiękny, ale jeszcze piękniejszy był ogród i park, pospacerowaliśmy sobie i napstrykaliśmy zdjęć bez liku. Trzeba zapamiętać, jest to świetne miejsce na nocleg.

Z parkingu przy nadleśnictwie można wyruszyć na szlaki. Jeden z nich 9-kilometrowy był dla nas trochę za długi. Wybraliśmy się na krótszą 4-kilometrową trasę „Skrzypowy Dół”. Ścieżka jest dobrze oznakowana i tworzy pętlę. Początkowo byliśmy lekko zawiedzeni, wypatrywaliśmy wielkich skrzypów i widłaków, a tu zwykły niezbyt urodziwy las. Kiedy jednak doszliśmy we właściwe miejsce, od razu zrozumieliśmy skąd się nazwa „Skrzypowy Dół” wzięła. Wycieczka bardzo nam się podobała.

Wydawało nam się, że Józefów nad Wisłą leży nad Wisłą właśnie. Gdy zatrzymaliśmy się koło kościoła i przez niewielki rynek skierowaliśmy się zamkniętą dla ruchu dróżką w dół do rzeki czekała nas jeszcze długa droga. Najpierw mostkiem przez jedną małą rzeczkę, potem kładką przez drugą jeszcze mniejszą rzeczkę i wąską ścieżką przez gęsty nadrzeczny las dotarliśmy wreszcie do skrawka plaży nad Wisłą. Na drzewach i krzewach widać było wyraźnie jak wysoko sięgała tu woda. Gdy parę tygodni temu byliśmy w nieodległym Kazimierzu Dolnym widzieliśmy jak wysoki był stan wody. Wtedy z pewnością tu wszystko było zalane, a teraz, proszę bardzo, suchą stopą dotarliśmy do koryta rzeki.

Oprócz tego w Józefowie zwiedziliśmy ładny park z Pałacem Potockich. Mieści się tam obecnie Urząd Gminy.

Pojechaliśmy potem bardzo ładną drogą wzdłuż Wisły w kierunku Piotrawina. Nie było żadnych oznaczeń i przegapiliśmy wjazd na parking przy kamieniołomie. Zatrzymaliśmy się więc najpierw w centrum Piotrawina. Jest tam zabytkowy kościół i kaplica a tuż obok  w pałacu restauracja ze wspaniałym ponoć widokiem na Wisłę. Szkoda, że restauracja była nieczynna, kawa z takim widokiem to nie byle co! Z innych ciekawostek – fajna, malutka ścieżka edukacyjna. Kilka tablic przedstawia w skrócie historię miejscowości, wokół ładne kwiaty na klombach.

Skarpę i kamieniołom musimy zobaczyć. Zawróciliśmy więc i jadąc wolniutko szukaliśmy dogodnego miejsca na postój. W końcu znaleźliśmy nieoznakowany parking, pokonaliśmy kawałeczek mocno wyboistej drogi i tu zostawiliśmy kampera. Warto było się potrudzić, spacer górną ścieżką kamieniołomu był fantastyczny. Rozległe widoki na dolinę Wisły, przepięknie! Najpierw poszliśmy w prawo, do końca ścieżki, powrót tą samą trasą i potem jeszcze w lewo od parkingu, tu już była trawiasta szeroka droga. Okazało się, że kawałek dalej jest drewniana altanka, a jeszcze dalej wielkie żwirowe parkowisko z dobrym dojazdem od głównej drogi.

Skarpa i kamieniołom w Potrawinie to cudne miejsce. Świetne na nocleg, nie tym razem jednak. Jest gorąco, brak cienia, więc lepiej przyjechać jesienią. A my coś jeszcze chcemy zobaczyć po drugiej stronie Wisły.

Około 16 dojechaliśmy do Solca nad Wisłą. I w tym przypadku nazwa myląca, do Wisły daleko, ale położenie miasta na wiślanej skarpie wprost bajeczne. Słońce dawało nam się we znaki, udało się jakoś znaleźć skrawek zacienionego miejsca koło kościoła dla kampera, sami ochłodziliśmy się w lodziarni przy rynku. Miasto niewielkie, ale jak już wspomniano pięknie położone. Są dwa punkty widokowe, ale widać tylko nadwiślańskie łąki i jakiś zbiornik wodny, pewnie starorzecze. Miły był spacer do Zespołu Klasztornego o.o. Reformatów, obok kościoła jest liceum, hala sportowa, schronisko młodzieżowe, wokół ładny park i wielki trawnik.

Wieczorem podjechaliśmy jeszcze na chwilę nad Wisłę, na miejsce dawnej przeprawy promowej w Kłudzie, ale troszkę komarzasto się robiło, więc szybko wróciliśmy do miasta.

Przyjemnie było posiedzieć w ogródku lodziarni przy szklaneczce aperola, nareszcie było po prostu ciepło, a nie męcząco upalnie. Na nocleg pozostaliśmy w parku pomiędzy rynkiem a kościołem. 

Podjęłam odważną decyzję: budzik na czwartą rano! Wstanę zanim słońce wzejdzie.

Niedziela, 16 sierpnia 2020 roku.

Wstałam przed świtem (Jurek nie dał się namówić i spał smacznie), kurtka z kapturem, kubek kawy, fotoaparat w garść i zajęłam pozycje na punkcie widokowym koło kościoła. Słońce mnie nie zawiodło. Kocham je o tej porze dnia, kiedy rozświetla wszystko dookoła, a nie przypieka mnie żywcem.

Rozkoszowałam się tym widokiem ponad godzinę. Przygotowałam śniadanie, obudziłam dzielnego kierowcę i ruszyliśmy do Janowca, którego piękny widok całkiem niedawno podziwialiśmy z Dobrskiej Skarpy.

Najpierw pojechaliśmy obejrzeć przeprawę promową, choć raz z drugiej strony Wisły. Prom stał zepsuty na środku rzeki, my jednak i tak nie mieliśmy zamiaru się przeprawiać.

 Wróciliśmy do Janowca. Kampera zostawiliśmy w bardzo nietypowym, ale fajnym miejscu, u podnóża skarpy przy schodkach wiodących w głąb tajemniczego ogrodu. Schodki niebawem się skończyły, a wąska ścieżka pięła się trawersem w górę skarpy aż doprowadziła nas do parku zamkowego. Od razu skręciliśmy w prawo do punktu widokowego przy restauracji „Manes. Jadło z pejzażem”. Pejzaż odlotowy, ale restauracja jeszcze była nieczynna, nic dziwnego o tak nieludzkiej porze.

Skarpę Dobrską po drugiej stronie Wisły było widać doskonale, zobaczcie jakie z niej robiliśmy zdjęcia kilka tygodni temu (jeszcze innym aparatem).

Zamek otwierano o dziesiątej, było za wcześnie, więc nie zwiedzaliśmy. Pospacerowaliśmy tylko po parku i zeszliśmy na drugie śniadanie do centrum miasteczka.

Przy rynku znalazła się przesympatyczna restauracja z pięknie ukwieconym ogródkiem i dobrą kawą. Upał tężał, o zwiedzaniu miasteczka w tym piekielnym słońcu nie było mowy. Szkoda, pozostało tylko szybko wrócić do kampera.

Jadąc dalej wysoką nadwiślańską skarpą w kierunku Puław, poszukując ładnych widoków kilkukrotnie skręcaliśmy w boczne drogi. Choć Kazimierz Dolny widać było jak na dłoni to przynajmniej z tej odległości nie widać tłumów, które się tam z pewnością przewalały. Widoków nie brakowało, ale raczej z okien samochodu, nie znaleźliśmy bowiem żadnych oznakowanych punktów czy atrakcyjnych ścieżek.

Przez Puławy, potem Lublin wróciliśmy do domu. Podsumowując, spędziliśmy całe trzy dni w mocno nieturystycznych, ale ładnych miejscach, podziwialiśmy pałace, spacerowaliśmy po urokliwych parkach. Poruszaliśmy się w większości lokalnymi drogami, które były nie tylko ładne widokowo, ale też, o dziwo, niezłej jakości. Turystów jak na lekarstwo, spotykaliśmy raczej mieszkańców, po prostu wypoczywających sobie w te wolne dni. Błogo, sielsko-anielsko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *