2018. Narciarski tydzień w Dolomitach.

Kamperek  spokojnie i cierpliwie stoi pod dachem czekając wiosny a my w pierwszym tygodniu ferii zimowych wybraliśmy się na narty w Dolomity. Pojechaliśmy tam nie sami a z naszą sprawdzoną ekipą. Tym razem wybraliśmy ośrodek Passo Tonale/ Adamello we włoskich Dolomitach. Zamieszkaliśmy w urokliwym miasteczku Ponte di Legno. Generalnie ośrodek ma wiele zalet: trasy urozmaicone z przewagą czerwonych i czarnych, brak kolejek do wyciągów chociaż ludzi było sporo. Dużo zwłaszcza było Polaków, większość z nich przyjechała autokarami. Z tras, a szczególnie  ze szczytu lodowca rozciągają się przepiękne górskie krajobrazy. Nic dziwnego, przecież to Dolomity.  A samo miasteczko jak już pisałam bardzo urokliwe.  Przyjemnie było pospacerować po zakończonej jeździe, a jeszcze przyjemniej posiedzieć  wieczorem przy szklaneczce wina w wesołym gronie.

Pogoda była wyjątkowo łaskawa: słońce, lekki mrozik. Tylko w czwartek rano była gęsta mgła i śnieżyca, dało się jeździć tylko do 11. W piątek rano jeszcze pochmurno i leciutki śnieżek, a od południa już znów słonecznie. Zawsze wcześnie wyruszaliśmy na stok bo oczywiście lubimy sztruks a już jak się trafi jazda po świeżutkim puchu to dopiero jest fajnie.

W wydzielonych miejscach na parkingach przed stacjami narciarskimi  widzieliśmy sporo kamperów, w większości na włoskich numerach. W pierwszym odruchu wydaje się to doskonałym rozwiązaniem, jednak po chwili przychodzi refleksja. Nasz kamper  jest  niewielki. Takiego zresztą chcieliśmy, jego wielkość (małość) jest dla nas wielką zaletą. A gdzie w takim razie zmieścić w nim narty, buty i kaski? Pal licho przejazd. Gdzie i jak suszyć to potem każdego dnia? Pewnie można by się zdecydować na szafkę depozytową  na miejscu oraz na podpięcie kampera do prądu na parkingu. Tylko gdzie tu osławiona wolność kamperowa? Dużo znaków zapytań, trudne odpowiedzi. My chyba jednak pozostaniemy przy dotychczasowym rozwiązaniu.

Wracając do ośrodka największą wadą tego miejsca była dla nas jego odległość. Podróż okazała się bardzo nużąca, dość powiedzieć, że od Brixen, gdzie na Plose też można nieźle pojeździć trzeba było jechać jeszcze  prawie trzy godziny dłużej. Dlatego też w drodze powrotnej w nocy z soboty na niedzielę zatrzymaliśmy się na dodatkowy nocleg. Wybraliśmy Pszczynę. Wieczorem poszliśmy tam na rynek a w restauracji Frykówka wypiliśmy po  szklaneczce pysznego  grzanego miodu. W niedzielę rano zwiedziliśmy z kolei Muzeum Zamkowe i pospacerowaliśmy troszeczkę po ogromnym parku przysypanym świeżutkim śniegiem. Miejsce ładne, z pewnością wrócimy tu kiedyś latem, i tym razem, zresztą jak zwykle zabrakło nam czasu by  zobaczyć wszystko.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *