Polesie kamperem. Pieszowola.

Prognozy na weekend były mało optymistyczne, zapowiadano burze i obfite opady. Postanowiliśmy jednak zaryzykować wypad na Polesie. W końcu to tylko 100 kilometrów, jak będzie źle to wrócimy. Okazało się potem, że bardziej niż deszcz dokuczało nam gorąco. Deszcz owszem padał, ale albo w nocy albo chmury przechodziły jakoś bokiem. Wyjazd można zaliczyć do bardzo udanych.

Piątek, 19 czerwca 2020 roku.

Najpierw pojechaliśmy do Sawina nad Zalew Niwa. Miłośników kąpieli raczej on nie zainteresuje, prędzej wędkarzy czy spacerowiczów. Wokół całego zbiornika prowadzi brukowana ścieżka pieszo-rowerowa. Przeszliśmy tylko fragment i szybko wróciliśmy do kampera. Było bardzo gorąco. Powtórzymy tę trasę gdy tylko aura bardziej nam będzie sprzyjać.

Bilety do Parku można kupić w Urszulinie. Można też kupić przez internet, ale muzeum parku i tak jest nam po drodze. Zawsze można się jeszcze czegoś ciekawego dowiedzieć. Do muzeum wejść nie można było. W okienku kupiliśmy dwa bilety trzydniowe i dwa noclegi na polu namiotowym. Wszystko to kosztowało 36 złotych.

W pierwszym etapie pojechaliśmy zobaczyć pobliskie jeziora Sumin i Rotcze w Grabniaku. W Suminie jest niewielka plaża, dwa pomosty, wieża widokowa i tablice informacyjne. Parking wzdłuż drogi. Kilka dużych drzew daje nieco cienia. Woda w jeziorze mętna, kąpiącym się to jednak nie przeszkadza. Długo jest płytko, dobre miejsce dla dzieci. Szkoda tylko, że wieże widokowe nie rosną wraz z okolicznymi drzewami.

W Grabniaku brzeg Jeziora Rotcze jest bardziej zagospodarowany. Jest tam ogólnodostępna plaża i parking na kilkanaście samochodów osobowych. Kamper raczej się nie zmieści. Lepiej podjechać tak jak my pod pomost do wodowania łodzi, tam trochę więcej miejsca. W Grabniaku jest też spory ośrodek wypoczynkowy z domkami, polem namiotowym, wypożyczalnią sprzętu wodnego i własną plażą, ale zrujnowane budynki raczej nas odstraszyły. Zresztą co tam robić? Żadnych szlaków, żadnych atrakcji w okolicy, tylko to jezioro. Za to woda w jeziorze fajna, przezroczysta.

Jadąc dalej dotarliśmy do Załucza Starego. I tu też muzeum parku nieczynne, zamknięta jest nawet brama wjazdowa na jego teren. Nie ma przez to dostępu do ścieżki edukacyjnej i do obiektów turystycznych. Szkoda. Można było obejrzeć prawdziwe żółwie i bociany w specjalnej zagrodzie.

Troszkę zawiedzeni zawróciliśmy do Urszulina. A po drodze niespodzianka! Przy wjeździe do miejscowości od strony Załucza powstało bardzo ładne miejsce wypoczynkowe: wiata z miejscem na ognisko, plac zabaw dla dzieci, siłownia, drewniane pomosty i ścieżki spacerowe. I dwa niewielkie parkingi. Kiedyś pozostaniemy tu na noc.

Dzisiaj zaplanowane jest nocleg na polu namiotowym w Pieszowoli. Miejsce sprawdzone przez nas wcześniej. Jest to obszerny trawiasty plac, duże zadaszenie z grillem, ubikacja, miejsce na ognisko, murowane grille pod gołym niebem i co najważniejsze wiata pełna drewna. Tylko siekierę trzeba mieć własną. Dojazd polną drogą kilometr od drogi głównej i już znajdujemy się w samym środku natury.

Około dwudziestej parking opustoszał i zostaliśmy sami. Co tam się wówczas dzieje! Las i pobliskie stawy aż huczą dookoła. Z nadzieją wypatrywaliśmy innych kamperów wspominając ubiegłoroczne spotkanie z przesympatyczna parą z Estonii, ale nikt się nie pojawił. Mieliśmy troszkę pyszności do grillowania i co nieco w lodówce ale cóż, musieliśmy sobie radzić sami.

Sobota, 20 czerwca 2020 roku.

Wieczór był piękny, ale poranek jeszcze piękniejszy, ptactwo uwijało się jak w ukropie, mgły ścieliły się na mokrej trawie. Bajka! Obserwowaliśmy z uwagą parę dzięciołów, które z ulika dla owadów zrobiły sobie stołówkę. I wcale im ochronna metalowa siatka nie przeszkadzała.

Nacieszyliśmy się przyjemnym ciepłym porankiem, przeczekaliśmy drobny deszczyk i ruszyliśmy niebieskim szlakiem najpierw przez las, potem przez łąki do miejscowości Lipniak. Właśnie tam zaczyna się ścieżka edukacyjna „Obóz Powstańczy”. Po godzinie marszu dotarliśmy do znanego nam już parkingu w Lipniaku. Byliśmy tu w listopadzie. Bardzo dobre miejsce na nocleg kamperem, tym razem było zupełnie pusto.

Odpoczęliśmy chwilkę i ruszyliśmy na ścieżkę edukacyjną w kierunku “pod prąd”. I tak nikogo nie było. Trapy były śliskie, trzeba było patrzeć pod nogi, za to z wieży można było do woli podziwiać rozległe widoki .

Droga powrotna wiodła inną trasą. Skręciliśmy tym razem w trasę „końską” oznakowaną pomarańczowym kółkiem. Konia żadnego tam nie było, ale końskie muchy i owszem. Tempo marszu z tego powodu wyraźnie wzrosło! By skrócić drogę do kampera skręciliśmy w leśną drogę. Niespodziewanie zaprowadziła nas ona na prawdziwą wydmę. Cóż za piękne miejsce! Zadziwiająco odmienne od bagiennego otoczenia. Wrzosy, rozłożyste sosenki, srebrzysta trawa, cudnie.

Nie dane nam było długo zachwycać się, nadciągały czarne chmury. Po powrocie, już w kamperze aplikacja pokazała ponad 12000 kroków.

Pojechaliśmy do Sosnowicy na obiad i gdy byliśmy w restauracji przeszła burza z ulewnym deszczem. Niestety, nie przyniosła ochłody. Gdy chmury się rozeszły znów pokazało się piekące słońce. Mokro, parno, gorąco, zła pora na piesze wycieczki. Pozwiedzamy z samochodu.

Za kościołem skręciliśmy w prawo. Przepiękna wysadzana drzewami aleja doprowadziła nas do miejscowości Sosnowica Dwór. Kończy się tam utwardzona droga i zaczyna ścieżka ekologiczna „Borek”, którą wczesniej planowaliśmy przejść tego popołudnia. Ze względu na warunki nie zdecydowaliśmy się, ale przy siedzibie nadleśnictwa zaintrygował nas kierunkowskaz do punktu widokowego. Poszliśmy we wskazanym kierunku i oczom naszym ukazały się przepiękne rozległe stawy pełne różnorodnego ptactwa.

Dotarliśmy najpierw do wieży widokowej, potem jeszcze kawałek dalej w las do miejsca, gdzie na wysokich sosnach znajduje się bardzo dużo gniazd czapli siwej. Ptaki bardzo hałasowały, walczyły ze sobą, latały, niesamowite miejsce jakby żywcem przeniesione z Parku Jurajskiego.

Pospacerowaliśmy jeszcze chwilę nad stawami. Ładne miejsce, trawa pięknie wykoszona, pomnikowe drzewa, kapliczka, no i te stawy pełne ptaków z młodymi.

Na wieczór wróciliśmy do Pieszowoli. Przed zmrokiem spokojnie zrobiliśmy jeszcze raz malutką ( 4000 kroków) pętelkę przez świeżo odkrytą przez nas wydmę.

Wieczorem znów zostaliśmy sami.

Niedziela, 21 czerwca 2020 roku.  

W nocy przeszła potężna ulewa, na drodze do parkingu pojawiły się wielkie kałuże. A dzięcioły znowu przyleciały na śniadanie, pewnie to ich stały rytuał.

Przed ósmą wyszliśmy na szlak Perehod. Droga rozmokła, wyraźnie widoczne były ślady różnych stworzeń, które po niej chodziły. Samej trasy oczywiście zachwalać nie trzeba. To jeden z najbardziej znanych szlaków w tym Parku.

Mamy to chyba w naturze, że zawsze szukamy czegoś poza szlakiem. Tym razem pod koniec trasy skręciliśmy w leśną drogę w prawo. Doprowadziła nas ona do kolejnych stawów, był tam ładny pomost i dość długa ścieżka na grobli. Zatrzymaliśmy się na dłużej na krótkim pomoście wędkarskim. Przepięknie. A wystarczyło tylko na chwilę zboczyć z głównej trasy.

Po powrocie aplikacja pokazała niewiele ponad 14000 kroków.

Po południu pojechaliśmy obejrzeć wrzosowiska w Nowym Orzechowie.
Nie prowadzą tam żadne szlaki. Kampera zostawiliśmy przy remizie OSP i poszliśmy polną drogą. Po około dwóch kilometrach marszu dotarliśmy do granicy Obszaru Natura 2000. Zadziwiający krajobraz: wydmy, niewysokie drzewa i krzewy oraz olbrzymie połacie wrzosów.


Zachwycający był ten spacer, koniecznie musimy tu jeszcze wrócić w porze kwitnienia wrzosu.

Takie właśnie miejsca staramy się odkrywać. Niby nic wielkiego: tu wydma, tam wrzosowisko, gdzie indziej  pomost wędkarski. Warto się ruszyć z domu.

Nie jest to jedyna relacja z Polesia. Pozostałe znajdziesz tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *