Polesie kamperem.

Na Polesie mamy bliziutko, ale jakoś tak nie pod drodze. Poręczniej bywać nam w Roztoczańskim Parku co nie oznacza, że Poleskiemu czegoś brakuje. Wręcz przeciwnie.Wyraźnie jest on mniej licznie odwiedzany przez turystów, a szkoda bo widać że bardzo się o nich stara. Dobra informacja turystyczna, dobrze oznakowane i przygotowane trasy są mocnym atutem. Imponuje infrastruktura – wieże widokowe, miejsca wypoczynku, miejsca gdzie można rozpalić ognisko, kilometry drewnianych podestów przez bagna, pomosty wybiegające w jeziora – tego na Roztoczu wiele nie znajdziemy. I jeszcze coś, co dla nas kamperowców jest bardzo istotne. Park przygotował świetne miejsca noclegowe na swoim terenie. Cztery z nich są płatne – Łowiszów, Pieszowola, Babsk i Łomnica. Innych fajnych i bezpłatnych miejsc też jest bez liku. Wystarczy się tylko uważnie rozejrzeć.

Piątek, 19 czerwca 2019 roku.

Wyruszyliśmy późno bo po siedemnastej. W siedzibie Poleskiego Parku Narodowego w Urszulinie kupiliśmy trzydniowe bilety wstępu na wszystko (24 złote za dwie osoby). Wykupiliśmy też dwa noclegi na polach biwakowych – łącznie 6 złotych. Bilety wstępu dotyczą tylko określonych ścieżek, można ich nie kupować, gdy nie planujemy po nich chodzić. Bilety można też kupić przed wejściem na ścieżkę, na miejscu sprzedają je pracownicy Parku.

Do tej pory – a jest to już nasz czwarty wyjazd na Polesie – nie spotkaliśmy żadnego innego kampera. Może dlatego, że dotychczas jeździliśmy poza sezonem. A teraz, gdy sezon w pełni, powinny zacząć się pojawiać. Na okoliczność spotkania zabraliśmy ze sobą nadprogramowe piwa, jakaś flaszka procentowego napoju też by się w czeluściach kampera znalazła. Tym razem nocleg zaplanowaliśmy na polu biwakowym w Pieszowoli. Wiemy że jest tam obszerny parking, przyzwoita toaleta, duża altana ze stacjonarnym grillem. Obok jest miejsce na ognisko z zapasem drewna, chociaż siekierkę to już lepiej mieć własną. Wszędzie bardzo czysto, żadnych przepełnionych koszy, pracownicy Parku dbają o porządek.

Dojeżdżamy więc na miejsce i stoi jeden kamper! Z Estonii. Nikogo więcej. A miejsca jest przynajmniej na trzydzieści. Bardzo miła była ta para z Estoni. Najlepszym wspólnym językiem okazał się rosyjski, siedzieliśmy przy ognisku do pierwszej w nocy. Oni byli przejazdem z bezwizowej strefy grodzieńskiej w Białorusi. W planie mieli przejazd na południe Ukrainy.

Okazuje się, że turystyka kamperowa w Estonii jest bardzo popularna. Jest mnóstwo miejsc przygotowanych do biwakowania, jak nam przekazano informacji  najlepiej szukać na tej stronie. Strona jest w wersji estońskiej, angielskiej i rosyjskiej. Chodziło nam już wcześniej  po głowie, by odwiedzić Pribałtiku. Teraz, dodatkowo zachęceni, pewnie zaczniemy planować taką wyprawę na poważnie.

Sobota, 20 czerwca 2019 roku.

Po śniadaniu, pożegnaliśmy przesympatycznych Estończyków i poszliśmy na ścieżkę PEREHOD. Bardzo sympatyczny szlak, jeden z najprzyjemniejszych na Polesiu, wygodna szeroka polna droga, ładne jeziora, dwie wieże widokowe. Przepięknie!

Obiad zjedliśmy w restauracji Sosnowicki Gościniec. Teren Parku i jego okolice nie rozpieszczają turystów w tym zakresie. Tym bardziej należy się restauracji w nieodległej Sosnowicy rekomendacja, chociaż na polu gastronomicznym naprawdę nie ma się czego wstydzić.

W lepszych humorach przejechaliśmy do Ośrodka Dydaktyczno-Muzealnego PPN w  Starym Załuczu. Najpierw zwiedziliśmy muzeum portem wyruszyliśmy na ścieżkę SPŁAWY. Siedem kilometrów marszu, większość po drewnianych podestach zawieszonych nad bagnem.

A po powrocie zwiedziliśmy jeszcze ścieżkę „ŻÓŁWIK” tuż przy Ośrodku. Akurat jest w remoncie ale bociany czy żółwie można zobaczyć. I upiec kiełbaskę na ognisku.

Na kolejny nocleg wybraliśmy pole biwakowe BABSK. Uroczy zakątek w lesie, kilometr od drogi głównej. Kierując się mapą lub wskazaniami Googla nie dojedziecie! Na pokazywanej przez nie drodze jest dół nie do pokonania!  Z asfaltu trzeba zjechać w polna drogę zaczynającą się z zatoki autobusowej przystanku w Babsku. Nie ma obaw, to przyzwoita polna a potem leśna droga. Pole namiotowe to zadaszona altana z miejscem na ognisko, śmietnik, ubikacja. Jest tam duży zapas drewna, wszystko zadbane i bardzo czysto. Tym razem byliśmy zupełnie sami. I bardzo daleko od innych. Cudny wieczór przy ognisku, las, cisza, rozgwieżdżone niebo. Bajka!

Niedziela, 21 czerwca 2019 roku.

Wstałam o świcie, bo grzech spać kiedy tak pięknie wokół. Kawusia z widokiem na las, przyjemny chłodek, zapach żywicy. Śniadanie też w niezrównanej scenerii.  Ale już za chwilę poznaliśmy największą wadę tego miejsca – brak cienia. Przestawiliśmy więc kampera w zacienione miejsce już poza polem biwakowym, jak się okazało koło … Słońca! Na czerwonym szlaku odwzorowano w skali układ  słoneczny. Idąc w stronę Jeziora Wytyckiego najpierw minęliśmy Merkurego, potem Wenus, Ziemię, Mars i tak coraz dalej i dalej. Do Neptuna to kawał drogi. Doszliśmy do jeziora, kawałek wzdłuż brzegu bardzo widokowy, ale upał już zaczynał doskwierać. Wróciliśmy innym, tym razem żółtym szlakiem, ale nie byłam nim zachwycona, były spore fragmenty błotnistej drogi, niemało też much i komarów.

Cień koło Słońca niewiele pomógł, zrobiło się naprawdę gorąco. Postanowiliśmy szukać ochłody na plaży nad jeziorem Wytyczno. Nie jechaliśmy tam jednak najkrótszą drogą przez las, widzieliśmy na niej kilka miejsc, gdzie przejazd kamperem byłby problematyczny.  Wróciliśmy na asfalt w Babsku i poprzez Urszulin dotarliśmy do Wytyczna. Dojazd na plażę bez żadnych oznaczeń drogą szutrową (to już teren poza Parkiem). Na miejscu trochę trawiasta, trochę piaszczysta plaża, przystań. Dwa pomosty, jeden dla łodzi drugi dla kąpieliska. Jest wieża widokowa, wiata, miejsce na ognisko, dwa parkingi. Fajne miejsce, nawet na nocleg.

Niewiele skorzystaliśmy. Ledwo zdążyliśmy rozejrzeć się po okolicy gdy wielki upał przerodził się w równie wielką ulewę.

Po burzy zaczęliśmy rozglądać się za obiadem. Okazało się to najtrudniejszym zadaniem całego wyjazdu. W miejscowości Kołacze restauracja nieczynna, jest ogłoszenie o sprzedaży. W Urszulinie restauracja i pizzeria obok bardzo zatłoczone. Wyjaśniła się zagadka, gdzie są ci wszyscy ludzie, których nie widzieliśmy na szlakach!  Nie było najmniejszych szans by zjeść cokolwiek w ciągu godziny. Postanowiliśmy więc spróbować w Hańsku, Google pokazywały tam jakąś restaurację. Jednak po drodze zajechaliśmy jeszcze do Wojciechowa. Chcieliśmy zobaczyć wieżę widokową Bagno Staw. Trzeba było iść do niej około kilometra bo droga w remoncie. Miejsce bardzo ładne, wieża widokowa, krąg na ognisko, śmietnik.

Z pewnością warto będzie tam przyjechać i nawet zostać na noc za rok czy dwa jak droga będzie gotowa. W Hańsku żadnej restauracji nie znaleźliśmy, trwały dni Hańska, młyn był straszliwy. Do tego deszcz, zamiast z przerwami jak dotychczas, zaczął lać na poważnie. Decyzja: wracamy do domu. Padało cała drogę, dopiero w Hrubieszowie nieco się przejaśniło. Dopiero teraz zajechaliśmy na późny obiad do Browaru Sulewski. To już nie Polesie ale obiad był tak pyszny, że warto tu o nim wspomnieć.

⇐poprzednia strona                                              kolejna⇒

⇐strona główna

One thought on “Polesie kamperem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *