Roztocze kamperem. Horyniec. Wielkie Oczy.

Tym razem za cel obraliśmy zaniedbane ostatnio przez nas Roztocze Południowe. A Roztocze Południowe i Środkowe to jakby dwie różne krainy. Wyraźna granica przebiega w przybliżeniu tak jak dawna granica pomiędzy zaborami.

Piątek, 31 maja 2019 roku.

Wyjechaliśmy po godzinie piętnastej, pierwszy przystanek zrobiliśmy w  Rudzie Różanieckiej. Znajomi polecili nam nowe miejsce, gdzie można zjeść pysznego burgera rybnego i kanapki rybne. I nie zawiedliśmy się, bardzo nam się tam spodobało, ładne stawy, wygodne leżaki, piękna pogoda, dobre jedzonko. Świetny pomysł na sezon letni, bardzo fajny przystanek dla rowerzystów i zmotoryzowanych.

Nie należy tylko mylić tego miejsca z położonym też w Rudzie Różanieckiej  eleganckim hotelem przy plaży i restauracją na wyspie.

Jadąc niespiesznie dalej dotarliśmy w końcu do Horyńca-Zdroju. Kampera ustawiliśmy na noc na znanym nam już parkingu pomiędzy Policją, budynkiem Urzędu Gminy i kościołem. Uroczy wieczór spędziliśmy w pięknym horynieckim parku zdrojowym oraz kawiarence z zimnymi drinkami i gorącymi tańcami.

Sobota, 1 czerwca 2019 roku.

Wczesnym rankiem spacerując po parku zajrzeliśmy do Informacji Turystycznej (o dziwo czynnej), która znajduje się w amfiteatrze z tyłu sceny. Jest tam sporo materiałów, są dobre mapy, zwłaszcza dla rowerzystów. My akurat jesteśmy dobrze zaopatrzeni i nic nowego dla siebie nie znaleźliśmy.

Wybraliśmy się potem na objazdową wycieczkę po drogach i bezdrożach powiatu lubaczowskiego. Z zazdrością stwierdzamy, że dobrych dróg było zdecydowanie więcej niż wertepów. Dróg często wąskich, ale gładkich i niezatłoczonych. Widzieliśmy też sporo leśnych asfaltowych dróżek dostępnych tylko dla rowerów. Z kabiny kampera całość wygląda jak raj dla rowerzystów. Na początek odwiedziliśmy Cieszanów, ale nie zabawiliśmy tam długo. Jest tam ładny rynek z parkiem ale cerkiew zamknięta, kościół też. Zamknięty nawet zalew! I to w sobotę przy pięknej pogodzie. Brama broni dostępu. Trudno.

Pojechaliśmy do Lubaczowa. Niewielkie, sympatyczne powiatowe miasto z ładnym, świeżo wyremontowanym rynkiem. Zabytkowa cerkiew była oczywiście zamknięta, za to udało się wejść do kościoła przystrojonego pięknie kwiatami, zapewne przed zaślubinami jakiejś szczęśliwej pary. W planie było tego dnia zwiedzanie Muzeum Kresów w Lubaczowie ale ostatecznie pod natłokiem wrażeń … zapomnieliśmy! A szkoda, bo tam właśnie przeniesiono wyposażenie wszystkich tych cerkiewek, które stoją pozamykane. Trzeba będzie jeszcze wrócić.  

Potem jeszcze bardziej na południe, do miejscowości o intrygującej nazwie Wielkie Oczy. Po drodze zatrzymywaliśmy się przy wszystkich napotkanych cerkiewkach.

Dawno, dawno temu Wielkie Oczy były miastem, które śmiało można było określić mianem trzech kultur. Wielkie Oczy zrobiły na nas dobre wrażenie, wszędzie czyściutko, ładnie ukwiecone. Jest niewielki skwerek w pobliżu kościoła, jest duża tablica informacyjna ze zdjęciami najważniejszych zabytków na terenie gminy. W wyremontowanej – staraniem gminy – synagodze mieści się biblioteka, nawet Cerkiew św. Mikołaja Cudotwórcy jest w trakcie remontu. Rzadki widok, większość cerkwi z tych terenów, o ile nie zostały zaadoptowane jako kościoły katolickie, po prostu stoi i niszczeje. To że kościół był zamknięty to już nas nie dziwi, ale że jedyna w okolicy restauracja –  pizzeria około czternastej jeszcze nie była czynna to nas zaskoczyło. Nocne życie tam muszą prowadzić.

Piszę o tym nie po to, żeby ponarzekać, tylko trzeba mieć świadomość, że w takich małych miasteczkach i wioskach życie toczy się innym, powolnym rytmem, nie zawsze znajdziemy otwarty sklep czy restaurację. Z pewnością za to znajdziemy życzliwych ludzi, ciszę i sielsko-anielski spokój.

Wielkie Oczy były najdalszym miejscem do jakiego tego dnia dotarliśmy. Na nocleg postanowiliśmy wrócić do Horyńca, spodobały nam się atrakcje jakie oferuje uzdrowisko. Nie wracaliśmy jednak głównymi drogami, tylko postanowiliśmy przedzierać się bocznymi drogami blisko granicy. Nie było to proste, wstyd się przyznać że kilkukrotnie łamaliśmy przepisy ale obyło się bez konsekwencji.  Z Wielkich Oczu skierowaliśmy się więc przez Żmijowiska i Wólkę Żmijowską w kierunku Krowicy Samej. Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w Wólce Żmijowskiej przy kolejnej drewnianej cerkwi z końca XIX wieku.

Chciałoby się przy niej posiedzieć w cieniu starych drzew, ale niestety nie ma tu ławeczki. Smutne jest to, że tak wiele cerkwi stoi pustych, zamkniętych na głucho, nikomu niepotrzebnych. Niszczeją w zastraszającym tempie. Niedaleko w Krowicy Samej obejrzeliśmy miejsce po cerkwi, która zawaliła się w 1994 roku. W Opace pozostało tylko miejsce po cerkwi, która spłonęła kilka lat temu. Nie bardzo widać, by podejmowane były przez państwo jakieś systemowe działania w celu ich ochrony. Wiemy, że jest duża grupa ludzi zafascynowanych architekturą i sztuką cerkiewną o czym świadczą dość liczne wpisy w Internecie. Ciekawe czy lobbują w tym zakresie?

Droga wąskim pasem asfaltu kilometrami prowadziła nas  cały czas lasem. Niewiele brakowało a minęlibyśmy jeszcze jedną atrakcję gminy Wielkie Oczy. Jest nią unikalne drzewo – potężna sosna, z której pnia wyrasta pięć konarów. Stoi przy niej kapliczka nazywana Kapliczką Pięciu Sosen. Sosna robi wrażenie, niestety obumarła już całkowicie i tylko kikuty konarów pokazują jej poprzedni kształt.

Dalej spotkała nas przykra niespodzianka. Do Krowicy Samej pozostało nie więcej niż kilometr a tu skończył się asfalt. W tym miejscu w bok odbijała też leśna asfaltowa droga, ale z wyraźnym zakazem wjazdu. Nie mieliśmy wyjścia, pojechaliśmy nieutwardzona drogą, do tego mocno zakrzaczoną.  Niestety za kilkaset metrów jeszcze większa niespodzianka w postaci wielkiego bajora. Zawrócić nie można było, więc wycofywaliśmy się na wstecznym.  Kamperek wzbogacił się o kilka rys od gałęzi a my stanęliśmy przed trudnym wyborem – wracać z powrotem robiąc kilkadziesiąt już kilometrów czy łamiąc przepisy jechać dalej piękną asfaltową leśną drogą. Chwila strachu, trzy kilometry jazdy (trochę naokoło) i znaleźliśmy się w Krowicy Samej. A jaka jest z Krowicy Samej najprostsza droga do Horyńca? Leśnymi drogami wzdłuż granicy poprzez Hutę Kryształową i Wólkę Horyniecką. Jeszcze dwa razy łamaliśmy tego dnia przepisy poruszania się leśnymi drogami. Ale jakie to drogi! Chciałoby się by wszystkie drogi w naszej okolicy tak wyglądały.

Większość naszej trasy przejazdu tego dnia pokrywało się z rowerowym szlakiem Green Velo. Piękne oznakowanie, piękna infrastruktura, znakomite asfaltowe drogi. Tylko zadziwiająco mało rowerzystów. I to w sobotę przy pięknej pogodzie. Jest pewne, że tego dnia w Zwierzyńcu rowerzystów spotkalibyśmy setki.

Do Horyńca dojechaliśmy około osiemnastej, planowaliśmy uroczystą kolację w polecanym przez Internety Hetmanie, mieliśmy tego dnia naszą skromną rocznicę. I znów niespodzianka, w sobotę lokal nieczynny – wesele. Zadowoliliśmy się pierogami w zwykłym barze, za to reszta wieczoru była już niezwykła. Bawiliśmy się świetnie, do kampera wróciliśmy grubo po północy.  

Niedziela, 2 czerwca 2019 roku.

Rano obowiązkowy spacer, tym razem w parku, który znajduje się na tyłach sanatorium Bajka. Może nie jest on taki okazały i wypielęgnowany jak ten zdrojowy, ale równie uroczy, ze starymi drzewami, dużym stawem i krzewami w pełnym rozkwicie.  

Wstąpiliśmy potem do Radruża z nadzieją, że uda się obejrzeć od wewnątrz zespół cerkiewny. Niestety innych chętnych do zwiedzania nie było a my sami nie chcieliśmy fatygować telefonem i zmuszać przewodnika do przyjazdu.

Kolejnym punktem programu była kapliczka w Nowinach Horynieckich. Do Nowin dojechaliśmy asfaltem, tylko ostatni fragment wzdłuż lasu prowadził drogą szutrową. Parking jest tuż przed wjazdem na jakąś wielką budowę. Trzeba ją ominąć pieszo bokiem i zejść w dół. Do kapliczek, bo jest ich kilka, prowadzi stąd bardzo ładna, wygodna i szeroka ścieżka. Piękna okolica, są ławeczki, woda źródlana do picia. Warto odwiedzić to miejsce. Najlepiej pieszo lub rowerem z Horyńca, szlak zaczyna się w okolicach Klasztoru Franciszkanów. Tuż przy szlaku przy przejściu tunelem pod torami spotkaliśmy kolejny w czasie tego wyjazdu dziw natury. Z rozwidlenia olbrzymiego grabu wyrasta nie mniejsza od niego brzoza. Niemożliwe to przecież, ale wygląda jakby miały wspólny pień.

Następnym przystankiem była Huta Złomy. Zaplanowaliśmy wycieczkę ścieżką ekologiczną „Kobyle Jezioro”.   Szlak o długości 2-3 kilometrów prowadzi tam leśną ścieżką pomiędzy mokradłami i oczkami wodnymi. Bardzo nam się spodobały opisy na tablicach. Krótkie, ciekawie i przystępnie podane informacje, ładne zdjęcia. Brawo Nadleśnictwo Narol!
Największe wrażenie zrobiło miejsce, gdzie bagno graniczy z suchym lasem bez żadnej strefy przejściowej. Stoi woda, metr od niej rośnie jałowiec, który mokrego podłoża nie znosi. Zadziwiające. Przy przygotowano też ładne miejsce na ognisko. Ale ognisko to nie najlepszy pomysł przy 30 stopniach.

Ścieżka nie była długa, chodzenia niewiele więc z tego samego parkingu  zrobiliśmy jeszcze jedną trasę: Rezerwat Źródła Tanwi. Szlak prowadził leśną drogą, później kawałek asfaltem, a tuż za Starą Hutą znów lasem. Bardzo przyjemna wędrówka.  

To jeszcze nie wszystko.  Wracając już bardzo późnym popołudniem, zatrzymaliśmy się na parkingu przy moście w Rebizantach. Po raz nie wiadomo który wyruszyliśmy ścieżką dydaktyczną Szumy na Tanwi. Bywaliśmy tam wielokrotnie o różnych porach roku i dnia. Tym razem wypadło późnym wieczorem, powrót już po ciemku i też było pięknie!

Nie jest to jedyna relacja z Roztocza. Pozostałe znajdziesz tutaj

⇐poprzednia strona                      kolejna⇒

⇐strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *