Roztocze kamperem. Józefów. Krasnobród.

Wydawałoby się, że po trudach wyprawy do Dublina, gdzie nie było chwili czasu na wytchnienie powinniśmy zwolnić choć na chwilę. Gdzie tam. Z Dublina wróciliśmy w środę wieczorem a w piątek już odpaliliśmy kampera. Kierunek Roztocze.

Piątek, 10 maja 2019 roku.

Najpierw odwiedziliśmy rezerwat przyrody nieożywionej „Piekiełko” w pobliżu Tomaszowa Lubelskiego. Dla geologa jest to pewnie miejsce szczególne, nas specjalnie nie zachwyciło. Może warto przyjechać tu z przewodnikiem, który w ciekawy sposób opowie o wystających z ziemi głazach, przytoczy legendy i podania. Zwykłemu turyście pozostaje przeczytać zwięzłą informację na tablicy. Wyprawa do „Piekiełka” to dobry pomysł na przystanek jakiejś dłuższej trasy.

Nie zabawiliśmy długo w tym lasku. Pojechaliśmy w kierunku Józefowa. Z drogi głównej skręciliśmy w boczną w kierunku Róży i Łuszczacza. W Róży obejrzeliśmy pomnik, gdzie Niemcy w odwecie za sprzyjanie partyzantom wymordowali mieszkańców wioski. Potem w Łuszczaczu zostawiliśmy kampera przy opustoszałym sklepie z poprzedniej epoki a sami niebieskim szlakiem wyruszyliśmy na zdobycie wzgórza Wapielnia.

Polna droga jaką szliśmy była miejscami błotnista po niedawnych opadach, ale w sumie była to bardzo przyjemna wędrówka. Zdobycie Wapielni zajęło nam niecałe dwie godziny. Mimo że to najwyższe wzniesienie tej części Roztocza, nie ma co liczyć na rozległe widoki ze z porośniętego lasem szczytu. Ale widoki z podstawy góry też niczego sobie. Widzieliśmy stamtąd panoramę Łuszczacza i … nisko latające nad lasami samoloty, co wówczas nie wzbudziło w nas zaniepokojenia.

Wieś Łuszczacz, Róża i dziesiątki innych wsi leżących na uboczu na Roztoczu nie są obciążone nadmiernym ruchem turystycznym. Turysta, który tam się pojawi, zwłaszcza taki jak my kamperowy budzi życzliwe zainteresowanie. Mijając mieszkańca trzeba koniecznie się przywitać, często zamienić kilka słów, wyjaśnić skąd i dokąd. Wysłuchać opowieści. Bardzo to sympatyczne i niestety zanikające. Niedługo wszystko zje komercja.

Na nocleg zatrzymaliśmy się w Józefowie na obszernym parkingu koło kościoła, w pobliżu rynku. Samo miasteczko niewielkie, ale bardzo sympatyczne. Bardzo też zyskuje przy bliższym poznaniu. Józefów stawia przede wszystkim na aktywny wypoczynek. Więcej tutaj.

Żeby tak nie chwalić do końca – są mankamenty. Gastronomia jest marnie reprezentowana. No i jeszcze ta kiczowata fontanna na rynku. 

Sobota, 11 maja 2019 roku.

Rano obudziły nas dzwony kościelne. Nie tracąc czasu ruszyliśmy pieszo czerwonym szlakiem Nordic Walking w kierunku torfowiska Jęzor. Nie doszliśmy daleko. Przed wejściem do lasu zatrzymała nas tablica z zakazem wstępu z powodu zastosowania owadobójczych środków chemicznych. A więc wyjaśniła się sprawa z tymi samolotami.

Spotkany leśnik poinformował nas dodatkowo, że opryski były tu robione kilka dni temu i okres karencji nie minął. I że pryskane były tylko lasy państwowe, tam gdzie są lasy prywatne czyli na północ od Józefowa oprysków nie było. Oczywiście zrezygnowaliśmy, zrobimy ten szlak innym razem.

Mając nadzieję na znalezienie szlaku po którym moglibyśmy bezpiecznie wędrować pojechaliśmy kamperem do Majdanu Nepryskiego. Stamtąd, nie niepokojeni na szczęście przez znaki ostrzegawcze zrobiliśmy dużą pętlę Nordic Walking /czarne znaki/ przez Szopowe. Bardzo ładna widokowa trasa, urozmaicona, troszkę przez las, troszkę przez pola. Na szczyt góry Młynarki niestety wejść się nie udało.  W wiosce Szopowe zobaczyliśmy prawdziwego wielkiego indora z czerwonymi koralami. Puszył się, stroszył ogon, gulgotał gniewnie, ale na szczęście był za ogrodzeniem.

Przez wieś Szopowe nie sposób było przejść unikając rozmów z mieszkańcami. A to z miłą Panią od indora, a to z Panem emerytem, który powrócił z pracy z Niemiec. Okazało się, że pracował 11 km od Strasburga, po niemieckiej stronie granicy. A my tak mile wspominamy nasze wycieczki w tamtych przepięknych okolicach. W Strasburgu, Baden-Baden, Fryburgu czy przepięknym Colmarze byliśmy co prawda już dawno ale w  Offenburgu ledwie dwa lata temu.

Musieliśmy ruszać w drogę bo Szopowe to dopiero połowa trasy a pogoda była niepewna.Cała trasa zajęła nam prawie 4 godziny.

Do kampera dotarliśmy razem z pierwszymi kroplami deszczu. Zrobiła się wielka ulewa, spadł grad. Mieliśmy szczęście, co by było gdyby taka nawałnica spotkała nas w trasie? Strach pomyśleć. Przeczekaliśmy ulewę i postanowiliśmy przejechać do Krasnobrodu. Tam nawet w czasie deszczu nie będziemy się nudzić.

Kampera ustawiliśmy na „naszym” starym miejscu, tuż przy zalewie. Turystów jak na lekarstwo, pewnie pogoda ich wystraszyła, prognozy były tego dnia niezbyt optymistyczne. Zdecydowaliśmy się pójść na pizzę. Przy wejściu na baseny jest taka niepozorna budka i kilka parasoli. Pizzeria nazywa się Jama. A pizza jest tam wyśmienita. Z pieca opalanego drewnem, na doskonale cienkim, nierówno przypalonym cieście. Podawana jest co prawda na papierowym talerzu i bez sztućców ale naprawdę nic nie szkodzi. Dla mnie pycha!

Po kolacji trzeba było jeszcze zgubić kalorie spacerem wokół zalewu. Pogoda się poprawiła, zachód słońca był przepiękny. Tylko te samoloty, które poderwały się po opadach i warczały nad lasem. Gdy przelatywały nad zalewem wyraźnie było widać podwieszone urządzenia do oprysków.

Niedziela, 12 maja 2019 roku.

Cudny, słoneczny poranek, kawusia na pobliskiej ławeczce, potem szybka pętla wokół zalewu. Sama, bo Jurek planował trasy. Niełatwo coś wybrać, ale chyba samoloty nie „zbombardowały” lasów w miejscach gdzie mieszkają ludzie. Wybrał „czerwone kijki” w kierunku kapliczki św. Rocha. Bardzo wygodna szeroka droga leśna, dosyć długa przyjemna wędrówka. Po około dwóch kilometrach licząc od zalewu wchodzi się do „prastarego” lasu. Rosną tam gigantyczne drzewa. Największe wrażenie robią sosny. Nigdy nie spodziewaliśmy się, że mogą urosnąć do takich rozmiarów.

Gdy pojawiły się znaki ostrzegające przed opryskami podjęliśmy decyzję o zmianie trasy i zeszliśmy malowniczym wąwozem do parkingu przy Ośrodku Wypoczynkowym Energetyk.

Jednak nie w głowie nam był jeszcze wypoczynek. Poszliśmy w kierunku wioski Szur. Szlak „czarne kijki” prowadził dość długo szosą, na szczęście ruch był minimalny. Gdy skończył się asfalt zrobiło się dużo przyjemniej. Pierwszy prawdziwy wypoczynek ze śniadaniem zrobiliśmy dopiero przy kapliczce w Szur. Powrotny szlak do Krasnobrodu prowadził leśną piaszczystą drogą i urokliwym wąwozem, potem przez miejscowość Borki.

Ciekawa wycieczka, zrobiliśmy kilkanaście kilometrów. Nieźle. Gdy chodzimy po górach to przynajmniej częściej odpoczywamy, tu jakoś nie za bardzo było gdzie usiąść. W kamperze zabawiliśmy tylko chwilę i znów poszliśmy na pyszną pizzę Jama.

W niedzielne popołudnie okolice zalewu nareszcie zaczęły tętnić życiem, długo wyczekiwane ciepełko i słońce przyciągnęły mieszkańców Krasnobrodu i okolic. Nasz kamper stojący tuz przy promenadzie i widoczny jak na dłoni z każdego miejsca głównego zalewu budził wielkie zainteresowanie i z pewnością robił dobra robotę w zakresie propagowania turystyki kamperowej. Słyszeliśmy te komentarze.

Swoją drogą robi się już dla nas w tym Krasnobrodzie zbyt tłoczno. Do zobaczenia jesienią. Na Roztoczu jest przecież tyle miejsc, że znajdziemy spokój nawet w szczycie sezonu.

Późną już porą przejechaliśmy do Tomaszowa. Wieczór spędziliśmy z przyjaciółmi przy lampce dobrego wina.                                                                                                                                            
Nie jest to jedyna relacja z Roztocza. Pozostałe znajdziesz tutaj.                       

⇐poprzednia strona                                 kolejna⇒

⇐strona główna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *