Roztocze Zachodnie.

Tydzień temu wracając z Janowa Lubelskiego z racji remontu drogi krajowej nr 74 pomiędzy Frampolem a Szczebrzeszynem musieliśmy korzystać z objazdów. Roztoczańskie krajobrazy na tyle nas zachwyciły, że z fantazją przedłużyliśmy objazd aż przez Komodziankę, Zaburze i Dzielce. Przepięknie. Musimy tu wrócić! I to jak najszybciej! Nie ma co czekać póki wiosna dookoła. Podziwianie widoków z kampera to mało, trzeba pochodzić i trochę się zmęczyć, potrudzić. I tu przypomina się blog Mus Mozołu, który uwielbiam za niezwykłe poczucie humoru.

Sobota, 9 maja 2020 roku.

Wyruszyliśmy w słoneczny sobotni poranek w kierunku Radecznicy będącej dobrym punktem wypadowym na szlaki Roztocza Zachodniego. Zauważamy zmiany, droga Zamość – Nielisz wyremontowana. Nowiutki asfalt, ścieżka rowerowa, chodniki, rewelacja! Rok temu mało kół nie pogubiliśmy. Zatrzymaliśmy się po drodze na chwilę nad zalewem. Tereny wokół zalewu zwiedzaliśmy wcześniej – tu znajdziecie relację.

Przez Radecznicę – też znaną nam wcześniej – przejechaliśmy do Podlesia Małego. Jest tam urocze jeziorko, raczej mało zagospodarowane, jedna wiata, kilka ławeczek.

Kampera zostawiliśmy przy drodze we wsi. Niebieskim szlakiem rowerowym pieszo podążyliśmy w kierunku Hoszni Ordynackiej. Początkowo szlak słabo oznakowany, mapa była nieodzowna. Okrążyliśmy jeziorko, najpierw szliśmy przez las, potem polną drogą wśród łanów obłędnie pachnącego rzepaku.

Pierwszy odpoczynek dopiero przy wieży widokowej. Na tyle nam się spodobało to miejsce, że postanowiliśmy tutaj właśnie przenocować. Do wieży jest porządny dojazd drogą z betonowych płyt.

Ale najpierw trzeba wrócić do kampera. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem w kierunku Radecznicy. Dla zamknięcia pętli tuż przed Radecznicą należało skręcić w betonowa drogę do Podlesia Małego. Oznakowanie szlaku tym razem bardzo dobre, trasa niezwykle urozmaicona, leśne drogi, wąwozy lessowe, drogi wśród pól z rozległymi widokami.

Nikogo nie spotkaliśmy. Wszyscy pojechali chyba do Zakopanego, albo na Babią Górę – ze zgrozą oglądaliśmy zdjęcia w internecie.

Dochodzimy do wniosku, że z nami coś jednak jest nie w porządku. Skoro normą jest tłoczenie się i stanie w kolejkach na szlaku (tłumy potwierdzają tę właśnie normę) to my od niej daleko odbiegamy.

Po drodze mijaliśmy kilka pomników dokumentujących partyzancką przeszłość regionu a niedaleko Podlesia Małego trafiliśmy jeszcze na niezwykle klimatyczne, choć niestety smutne miejsce: cmentarz z grobami prawie 4000 żołnierzy poległych w czasie I wojny światowej. Bez monumentalnych pomników, tylko skromne krzyże brzozowe i figura Matki Boskiej.

Aplikacja w telefonie zliczyła niemal 18000 kroków. Gdy dotarliśmy do kampera była dopiero godzina szesnasta, był więc czas by pojechać jeszcze do pobliskiego Goraja. Sympatyczna, chociaż trochę senna miejscowość ze sporym ryneczkiem. Obok jest nieduży zalew oblegany przez wędkarzy. Kościół akurat w remoncie. Nie zabawiliśmy długo, chodzenie w maseczkach nie jest zbyt przyjemne. Szkoda, zawsze lubiliśmy takie szwendanie się po miasteczkach, parkach, deptakach z lodem lub innym miejscowym przysmakiem w garści. A teraz szukamy odludzia.

I takie właśnie odludzie znaleźliśmy przy wieży widokowej w Hoszni Ordynackiej.

Wieczorem pojawiło się tam co prawda kilka osób, widok zachodu słońca z takiego miejsca jest przecież nie lada atrakcją. Potem już cała wieża była nasza, długo siedzieliśmy przed kamperem z kubkiem gorącej herbaty w ręku podziwiając rozległe widoki. Zupełnie jak za dawnych „namiotowych” czasów.

Niedziela, 10 maja 2020 roku.

Rano przygotowaliśmy śniadanie, pyszności pięknie porozkładane zostały na talerzach. Ale najpierw spokojna kawka na zewnątrz. Nagle patrzymy – z kampera wyskakuje kot. I jeszcze się szelma oblizuje! Smakowało mu nasze śniadanie. Wszystkiego co prawda nie zjadł, ale przecież nie będziemy dojadać po kocie. Na szczęście coś tam się jeszcze w lodówce znalazło, więc na szlak nie musieliśmy iść głodni.

Tego dnia zaplanowaliśmy wspiąć się na Wielką Jeżówkę, która mierzy sobie 337,5 metra wysokości. Kampera zostawiliśmy przy bocznej drodze i sami poszliśmy za niebieskimi znakami ścieżki rowerowej. Wielka Jeżówka nie oferowała niestety rozległych widoków, to po prostu najwyższy punkt polnej drogi, horyzont zasłaniały lasy i zadrzewienia.

Wracaliśmy zieloną trasą rowerową biegnącą w kierunku Tłomskiej Góry (325 m). Wiadomo było, by zamknąć pętlę będziemy musieli ostatni fragment trasy iść asfaltową, dość ruchliwą drogą. Może i dobre to dla rowerów, ale dla pieszych nie za bardzo.

Trasa była bardzo urozmaicona, zejścia i podejścia jak w prawdziwych górach. Najpierw polnymi drogami, potem lasem, a na koniec tym zwykłym asfaltem. Można było próbować dotrzeć do kampera nieoznaczonymi drogami i ścieżkami, ale do tego potrzebna byłaby mapa znacznie dokładniejsza niż ta, którą posiadaliśmy. Olbrzymie i zadziwiająco głębokie jary skutecznie odstraszały od chodzenia na azymut.

Aplikacja w telefonie zaliczyła nam prawie 20000 kroków. Odpoczywaliśmy przy kapliczce pod olbrzymimi lipami, potem jeszcze poleżeliśmy na zielonej łączce. Spotkaliśmy jednego rowerzystę, jednego mieszkańca na motorze, zająca i sarenkę. I raz przemknęło dwóch motocrossowców.

I to wszystko. Krótki był ten wyjazd, z jednym tylko noclegiem. Wrażeń za to było co niemiara. Roztocze Zachodnie nas nie zawiodło. Troszkę można narzekać na małą gęstość szlaków, szczególnie szlaków pieszych, rowerowych jest dużo więcej. Nie najlepsze jest też oznakowanie w terenie, brak tablic kierunkowych, opisów. Nie ma gdzie zaparkować samochodu by wyjść na szlak. O kempingach, polach namiotowych zapomnij. Ale to może tylko w tych miejscach gdzie teraz byliśmy? Sprawdzimy niedługo.

Nie jest to nasza jedyna relacja z Roztocza. Pozostałe znajdziesz tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *